Filmowe Rozmowy: Salon Filmowy vs Filmowy Kot i Film o kinie

Oto druga odsłona Filmowych Rozmów. Tym razem rozmowa o kinach.
I twórcach, którzy czasami tworzą taką sztukę, że nikt nie jest w stanie jej ogarnąć… 🙂
Luźna pogawędka z Michałem z Salonu Filmowego.

Filmowy Kot: Jak wrażenia po filmie? Długo nie mogłam się zabrać do tej przedziwnej produkcji zrealizowanej na 60lecie festiwalu w Cannes… I nie mogłam jej wysiedzieć. Chyba się starzeję 🙂

Salon Filmowy MN: Ty się starzejesz? To co ja mam powiedzieć, który pod względem roku urodzenia (bez wstydu przypomnę, że 1982 rok), przekraczam średni wiek blogera A przecież trzydziestolatków w tym fachu mogę zliczyć na palcach jednej dłoni. Ale ja także zwlekałem z obejrzeniem Kocham kino. Na początku bardzo spodobał mi się Twój pomysł, aby obejrzeć ten mozaikowy film zrealizowany z okazji okrągłej rocznicy festiwalu w Cannes, a potem mój entuzjazm zaczął słabnąć. Przypomniałem sobie, że ja nie gustuję w takiej filmowej konstrukcji.

Filmowy Kot: Z jednej strony, ciekawa rzecz – zebrać kilkudziesięciu znanych reżyserów i dać im po 3 minuty czasu ekranowego. Tylko, że całość zrobiła się w pewnym momencie bardzo bełkotliwą sztuką samą w sobie. To tak jakby sens niektórych nowelek filmowych był znany tylko i wyłącznie twórcom. Chociaż muszę przyznać, że kilka etiud (etiuda – to chyba najlepsze określenie) bardzo mi się podobało!  Lars von Trier pokazał do czego jest zdolny kiedy przeszkadza mu się w kinie, a Nanni Moretti przedstawił Dziennik kinomana. To niesamowite ile ludzie mają wspomnień związanych z kinem i jak kino postrzegane jest pod różnymi szerokościami geograficznymi.

Salon Filmowy MN: Idea piękna, bo rzeczywiście ilu ludzi, tyle wspomnień związanych z kinami, filmami. Zgadzam się, że są tu etiudy wybitne, ale dla mnie nad całością unosi się duch przeciętności i wręcz przerażającego zapatrzenia w siebie. Rozumiem, że reżyserzy to osobowości narcystyczne, ale osobowości takie jak Nanni Moretii (którego filmy zawsze mnie zachwycają) czy Lars Von Trier (z którym sytuacja ma się całkowicie odwrotnie i od kilka lat mam postanowienie nie oglądać jego filmów nigdy więcej), w końcu Youssef Chahine (segment 47 lat później),  wszyscy oni mając czas na opowiedzenie uniwersalnej historii, skupiają się wyłącznie na sobie.  Jeżeli spojrzeć na to z innej perspektywy, to jest dowodem, jak wiele tematów można zmieścić w filmie zbudowanym z segmentów.

Filmowy Kot: Moja znajoma zawsze powtarza, że nienawidzi filmowców, bo są wiecznie przekonani o własnej wspaniałości. Coś w tym jest i te etiudy też dobrze to pokazują…

Filmowe rozmowy film o kinie

A w ilu z nich pojawił się temat seksu! Ach te kina, gdyby ściany i fotele mogły mówić… chyba nie chciałabym słyszeć tych wszystkich historii…

Salon Filmowy MN: W kinach wiele może się wydarzyć. Ja z lat młodości pamiętam wizyty w warszawskim Kinie Luna, obok którego mieszkałem. Na seansie filmu Twister dwóch krewkich panów pokłóciło się o miejsca i tłumaczyli sobie za pomocą pięści, który rząd należy do kogo, a na filmie Twierdza pamiętam że pewna kobieta na widowni zaczęła rodzić. Ale wracając do Kocham Kino, która etiuda jest Twoją ulubioną?

Filmowy Kot: Największe wrażenie jednak zrobiła na mnie etiuda Anna Alejandro Gonzáleza Iñárritu (to ten od Babel czy 21 gram). Niesamowite emocje w trzech minutach. To jest sztuka – opowiedzieć historię, zbudować klimat, zainteresować, nawiązać więź z widzem… w tak krótkim czasie. Ja bym nie potrafiła 🙂

Salon Filmowy MN: Mi bardzo podobały się One Fine Day Takeshi Kitano i Cinéma érotique Romana Polańskiego. Ale za najpiękniejszą etiudę z tego zestawu uważam Trzy minuty, w której Jeanne Moreau przemawia do wizerunku Marcello Mastroianniego (wystąpili razem w filmie Noc Michelangelo Antonioniego). Kiedy mówi ona: „Marcello… Dziś rano, gdy się przebudziłam, a ty jeszcze spałeś. Słyszałam twój głęboki oddech. A poprzez włosy skrywające twoją twarz zobaczyłam oczy i ogarnęło mnie wzruszenie. Za twoją twarzą  ujrzałam coś czystszego i głębszego…a tam moje odbicie. Widziałam siebie samą… z perspektywy tych wszystkich lat, które przeżyliśmy. Były tam wszystkie te lata. Również te, które przeżyła nie znając cię, aby móc cię poznać. Wtem zrozumiałam, jak bardzo cię kochałam. Wzruszenie było tak silne, że moje oczy spłynęły łzami”, to w tych filmowych słowach ukrywa się zupełnie inny niż kiedyś ładunek emocjonalny. To wyznanie uczucia staje się wyznaniem miłości do samego kina!

Filmowy Kot:
A jak jest z nami – nami kinomanami, kinożercami. Masz swoje ulubione kino? Czy ogólnie w epoce multipleksów jesteśmy w stanie przywiązać się do jakiegoś kina…?

Salon Filmowy MN: lubię małe kina. Mam duży sentyment do warszawskich kin, w których filmowo dojrzewałem: Luna, Paradiso, Muranów, a po przeprowadzce do Gliwic odwiedzałem na przemian Cinema City i studyjne kino Amok. Teraz stale odwiedzam to drugie. Mamy tam nawet z Zuzią ulubione miejsca, które zawsze wybieramy.

Filmowy Kot: Ja swojego ulubionego kina nie mam. Ogólnie, co dziwne sala kinowa kojarzy mi się niezbyt mile – bo z ogromnym zimnem. Jestem strasznym zmarzlakiem i nie ważne jak bardzo się otulę to i tak w kinie jest mi zimno. Zawsze. Dlatego szczególnie w porze jesienno zimowej jestem bardziej przychylna oglądaniu filmów w domowym zaciszu. Ale nawet latem potrafię trząść się z zimna. A może to nie wina kina tylko tego jak bardzo przeżywam filmy…
Jeśli już chodzi o takie kinowe wspominki to mam w pamięci dwa seanse.

Filmowe rozmowy film o kinie

Jeden, ten który najbardziej pamiętam to Błękitna Nuta Andrzeja Żuławskiego. Niewiele osób w kinie (oczywiście ogromne zimno), ale kiedy film się skończył byłam tak oczarowana, że nie byłam w stanie uwierzyć jak ludzie potrafią tak zwyczajnie wstać z foteli i ponownie zająć swoim życiem. Jak mogą się dalej śmiać, żartować i wrócić do swoich spraw kiedy tutaj, na tej sali stało się przed chwilą coś tak niesamowitego. Szkoda, że te kino w którym przeżyłam te chwile już nie istnieje.

Salon Filmowy: Też nie przepadam za samodzielnymi wyprawami do kina i najczęściej zmuszałem moją Ukochaną, aby ze mną jakieś filmy oglądała. Teraz powoli uczę się bawić dobrze na seansie również samotnie, ale filmy najlepiej przeżywa się z kimś obok. Co do emocji w kinie, ostatnio tak mocnych przeżyć doświadczyłem na Kapitanie Phillipsie. To było wręcz uczucie dziecięcej bezradności. Do tego wielkiego smutku i ulgi jednocześnie. Przepiękne przeżycie, którego nie sposób zapomnieć.

Filmowy Kot: Kiedyś na rozdaniu Oscarów George Clooney powiedział o tym, że nie da się przeżyć tak ogromnych emocji oglądając film jeśli robi się to w samotności… że największa magia powstaje właśnie w sali kinowej. Może coś w tym jest.

Druga kinowa historia który pamiętam – to Little Miss Sunshine mój pierwszy samotny seans. Było mi bardzo smutno kiedy wszyscy dookoła przyszli z osobami towarzyszącymi, a ja jedna siedziałam sama. Na dodatek byłam okropnie przeziębiona i przez cały czas starałam się powstrzymywać kichanie 🙂 Ale film pamiętam do dzisiaj…

Salon Filmowy: Ja również doskonale pamiętam seans tego filmu. Oglądałem Little miss sunshine w trakcie Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Uwielbiam festiwalową publiczność, która bardzo żywiołowo reaguje na filmy. Nie sposób porównać tego doświadczenia z żadnym innym. Na Małej miss publiczność ogólnie doskonale się bawiła się, ale w ostatnich scenach ten entuzjazm przerodził się w wielką zabawę –  publiczność klaskała, śpiewała, a na napisy końcowe zgotowała filmowi owację na stojąco. I tak jak uwielbiam publiczność festiwalową, to nie przepadam za dużą liczbą widzów w kinie na standardowym seansie. Więc wracając do wcześniejszego wątku nie tak źle oglądać filmy w samotności.

Filmowy Kot: Teraz choć często narzekam, że nie lubię chodzić sama do kina to jednak gdy siedzę obok znajomych to często ich towarzystwo mnie drażni. Na szczęście jeszcze nie podjęłam kroków takich jak Lars von Trier!

Salon Filmowy: O nie… znowu Lars Von Trier… nie jestem w stanie zaakceptować jego filmów, nie lubię ich, jest w nich coś co powoduje we mnie całkowitą niechęć. Może kiedyś o tym porozmawiamy?

Filmowy Kot: Możemy, choć wcale fanką twórcy nie jestem. Ale też… hm… właśnie dotarło do mnie, że nie ma filmów i filmowych twórców którzy wywołują u mnie całkowitą niechęć. Nie lubię głupiutkich filmów, na wielu holiłódzkich produkcjach nie byłabym w stanie wysiedzieć, ale takie prawdziwe kino – czyż nie jest to cudowne – ile twórców tyle głosów.

4 thoughts on “Filmowe Rozmowy: Salon Filmowy vs Filmowy Kot i Film o kinie

  1. Marta Ossowska pisze:

    Interesujące są te wasze pogadanki, proszę o więcej 🙂
    Swoją drogą, przypomnieliście mi o „Kocham kino”, bo również miałam w planach zobaczyć, ale niezbyt pochlebne opinie na temat tej 6-cio godzinnej produkcji zniechęciły mnie na tyle, że całkiem o niej zapomniałam.

    Lubię to

  2. Anonimowy pisze:

    Dla miłośników kina taki film to jednak pozycja obowiązkowa, dzięki niemu można lepiej poczuć czym jest ten zawód dla wykonujących go. I to prawda, że trzeba kochać kino, by robić kino. Na przyszłość: nie zwlekajcie, oglądajcie także te dziwaczne konstrukcje, poznawajcie nawet te słabe, bo dopiero to wszystko układa się z mozaikę zwaną kinem. 🙂

    P.S. Warto obejrzeć ten materiał jeszcze z jednego powodu: krótka forma zawsze stawia większe wymagania twórcom, warto zobaczyć, jak mistrzowie, którzy w większosci dawno już wyszli poza mury uczelni, poradzili sobie z takim ćwiczeniem.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s