La grande bellezza

Wielkie piękno mnie urzekło.
Nawet dokładnie nie jestem w stanie określić czym dokładnie i konkretnie zostałam urzeczona, ale już po pierwszym kwadransie bezpowrotnie odpłynęłam w stronę Rzymu.
Tak naprawdę nie wiem kto jest ważniejszym bohaterem tego filmu – Jep Gambardella (Toni Servillo) czy może samo miasto – tak tłoczne i gorące, a jednocześnie lekko podstarzałe i niczym Jep starające się zapomnieć o własnej starości…


A może jeszcze inaczej – głównym bohaterem tego filmu są ludzie – tak zwana elita, nijacy i silący się na wyjątkowość.
Ludzie, którzy jedyne co potrafią to wyrażać swoje przeintelektualizowane, bełkotliwe sądy o niczym. Chcę być awangardą samą w sobie, ale niechcący zamieniając się w żałosne i pozbawione jakiegokolwiek znaczenia wydmuszki.

Jep ma 65 lat i udaje, że jego wiek nic dla niego nie znaczy.
W młodości napisał powieść, która zdobył ogromne uznanie. Teraz wstaje zbyt późno żeby cokolwiek zrobić i siorbie w sterylnej kuchni kawę zamieniając od czasu do czasu słowo ze swoją gospodynią szorującą zlew.
Jep również otacza się kobietami. Znajduje sobie coraz to nowe okazy, albo raczej – to one znajdują jego. Zdaje się, że to jedyny środek aby znieczulić się przed wspomnieniami z młodości i utraconą miłością.
Nadal szuka wielkiego piękna.

Rzym w tym filmie jest niczym migotliwa pocztówka. Zachwyca, pochłania, zajmuje. Ale nawet jeśli zapałamy miłością do tego miasta, to nie mamy szansy na odwzajemnione uczucie. Pełen jest hipokryzji, sprzeczności i fałszu.
Nie zwraca uwagę na swoich mieszkańców i turystów…
Wszystko dzieje się w paplaninie i hałasie. 

Ciekawie przedstawiony jest tutaj kościół jako instytucja. Jeśli nie widzimy maszerujących równym krokiem zakonnic w białych habitach, to mamy mówiącego wiecznie o jedzeniu kardynała. Próby zwrócenia się do niego o poradę duchową spełzają na niczym.
Nawet siostra zakonna uda się na zabieg wstrzyknięcia botoksu…

Wielkie piękno to pierwszy film Paola Sorrentina jaki widziałam.
Ujął mnie swoim klimatem, ciągle wirującą kamerą i słońcem. W tym filmie jest coś włoskiego do szpiku kości. Oglądając go nie można opędzić się od skojarzeń z twórczością Felliniego czy powieścią Lampart Giuseppa Tomasiego di Lampedusy. Wciąga – to jest najlepsze określenie, kiedy siedząc kilkaset kilometrów od Rzymu mam wrażenie, że czuję jego parne i lepkie powietrze na swojej skórze, a marmur wielkich schodów i kościołów promieniuje delikatnym chłodem…

Tegoroczny Oscar czy Złoty Glob dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego jest moim zdaniem całkowicie uzasadniony.

Jaka jest recepta na obezwładniającą nijakość? Należy jeść korzonki. Bo korzenie są najważniejsze.
Może jedynym rozwiązaniem jest wyzbycie się pędu, wystawnego życia, hipokryzji, przeintelektualizowanych pustych ludzi, Rzymu… i uciec. Uciec do korzeni.
Niestety w samotności.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s