Z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 12 (…żeby się nie dostać #2)

9.06.2014

5:30 – znowu ten sam pociąg relacji Warszawa – Szklarska Poręba przez stację Łódź Kaliska… Tym razem zapomniałam kubka termicznego, brak kawy doskwiera niczym niewygodne buty.
Pan jadący do Kalisza oczywiście jedzie do Kalisza i brakuje mu czterech złotych.

Wysiadam na dworcu, mam plan zameldowania się w miejscu mojego noclegu (choć tzw. dobra hotelowa zaczyna się później) – w końcu przyjechałam na kilka dni. Nie wiem na ile dni, ale na kilka – ta niewiedza jest czymś spontanicznym, ciekawym i atrakcyjnym.
Po drodze moja nadwątlona życiem (podróżami i brakiem szacunku) walizka odmawia posłuszeństwa. Kółka przestają istnieć.
Na szczęście jestem silną i niezależną kobietą oraz radzę sobie ze wszystkim. Na dodatek mam w miarę dobrą orientację przestrzenną, mnóstwo determinacji płynącej w żyłach i silne ręce. Do 10:00 będę już w swoim pokoju z nową walizką (promocja Carrefour), butlą wody (bez promocji) i chlebem żytnim (również bez promocji, aczkolwiek w zadowalającej cenie).
Dostaję gorączkowy telefon od mamy – tylko nie zakładaj mi krótkich spodenek na egzamin bo to nie wypada! Jako kobieta decyduję się na sukienkę.

Pierwszy dzień to dwa egzaminy pisemne scenariuszowe. Egzamin na scenariusz filmu fabularnego i scenariusz filmu dokumentalnego. Łącznie – kilka godzin klepania w klawiaturę w klimatyzowanej sali komputerowej.
Do dyspozycji mamy klawiatury, papier (ewentualnie własny papier) i długopis (zdecydowanie własny długopis). Niektórzy zakładają mniejsze lub większe słuchawki na uszy i zawzięcie zabierają się do pracy, inni wychodzą najpierw na papierosa i kawę w poszukiwaniu inspiracji lub żeby zwyczajnie rozprostować kręgosłupy.

Maciek, który siedzi obok zmienia tapetę na pulpicie na obrazek z painta – biała kartka i napis goła baba.
Bardzo skutecznie mnie tym rozśmiesza.
(Maciek jeszcze wtedy nie wiedział, że przejdzie do trzeciego etapu. Co więcej Maciek jeszcze wtedy nie wiedział, że będzie studiował reżyserię…)

Pisanie 5 scen, które mają poprzedzać wydarzenia zawarte we fragmencie prozy sprawia mi ogromną radość. Jest to radość pokroju – dlaczego tylko 5 scen (na 5 stron – dlaczego tylko na 5 stron!).
Jest to bardzo nieprzyzwoita radość. Mogłabym wracać i pisać wszystko jeszcze raz.

Zadanie zatytułowane obserwacja dokumentalna sprawia mi mniejszą radość. Oczy bolą od wpatrywania się w monitor, a klimatyzacja zaczyna powoli doskwierać… Mimo to piszę zawzięcie i wytrwale.
To zadanie kończę w miarę wcześnie. Przed budynkiem zamieniam z innymi kilka słów i powłócząc nogami kieruję do swojej noclegowni gdzie czeka mnie sterta miłych wiadomości od znajomych. Pogawędki kończą się wcześnie – na zewnątrz jest jeszcze jasno, a ja już przysypiam przytulona do laptopa.

10.06.2014

Mój mózg budzi się o 6:00. Stwierdza, że spanie jest bez sensu.
Zdobywam kawę. Śniadanie jakie serwują w bufeto – restauracji niestety nie zawiera elementów, które mogę jeść. To nic, potrafię nic nie jeść.

Tym razem dopada mnie chwila paniki. Do zaliczenia pozostały trzy konkurencje: zadanie dokumentalne – rozmowa z człowiekiem, zadanie na reżyserię scenki fabularnej i zadanie plastyczne. Najbardziej boję się reżyserii scenki. Chociaż nie, odrobinę boję się wszystkiego.
Chwila paniki jest tylko chwilą. Panika jest przeważnie kompletnie bez sensu, chyba że rodzi motywację i siłę do tak zwanego popierdalania dalej.
Nie mam wyjścia, będę popierdalać dalej.

Na miejscu jesteśmy dzieleni na grupy. Ja mam na początku zaliczyć zadanie dokumentalne. Z małego tłumku statystów mamy wybrać jedną osobę z którą pójdziemy do sali i przeprowadzimy z nią swego rodzaju wywiad. Wcześniej oczywiście poznajemy naszego rozmówcę, możemy zamienić z nim kilka słów i pomyśleć wokół jakich tematów będziemy krążyć na egzaminie.
Rozmawiam z Michelle, dziewczyną która (okazało się przez przypadek), że urodziła się tego samego dnia co ja. Obie stwierdzamy (jesteśmy głęboko przekonane) – nie ma przypadków.
Po wyjściu mam moralniaka, że zadałam jej kilka pytań, które zmusiły ją do powrócenia… i opowiedzenia o jakichś bolesnych doświadczeniach. Ciężki kawałek.

Egzamin plastyczny. Trzy zadania – interpretacja obrazu (losujemy obrazy…), zrobienie trzech zdjęć będących reinterpretacją, przedłużeniem, odbiciem naszego wylosowanego obrazu oraz wykonanie pracy plastycznej pod tytułem Miss/Mister Polski 2014 w nawiązaniu do reportażu z Dużego formatu (5.06.2014) pt. Dziecko na wybiegu.Zdjęcia możemy robić na terenie całego kampusu, wykorzystać stare atelier, rekwizyty, panów oświetleniowców (i ich oświetlenie), statystów i aktorów. Coś mi się rodzi pod czaszką i stertą rudych (farbowanych) włosów. Błądzę myślami, rozprostowuję kości, próbuję coś zjeść i kręcę się w pobliżu próbując uchwycić inspirację.

ZPFA 12

jedno z moich zdjęć z konkurencji fotograficznej

W okolicach 19:00 zabieram się do pracy plastycznej. Przed 21:00 – po zaliczeniu wszystkich trzech punktów zadania i krótkiej wymianie zdań z towarzyszami w niedoli wychodzę z kampusu. Po drodze rozmawiam z ojczulkiem kosmitą i stwierdzam że nawet nie jestem szczególnie zmęczona. Znaczy nie jestem zmęczona fizycznie, tylko psychicznie. Mogłabym pójść przekopać ogródek, pomalować pokój (rozwalić ścianę? oboje uwielbiamy rozwalać ściany w celach remontowych…) lub zrobić inną mechaniczną czynność fizyczną. Wszystko żeby przestać myśleć.
Myślenie jest cholernie męczące. No i niesie ze sobą dużą odpowiedzialność.

W pokoju stwierdzam, że bardzo chciałabym być w domu albo przynajmniej w Warszawie.Wszędzie tylko nie tu.

ZPFA 12

Łódzki zachód słońca z okna tymczasowego lokum.

11.06.2014

Wstaję równie wcześnie jak poprzedniego dnia. Próbuję przełknąć panikę – została mi do zaliczenia scenka fabularna.
Panika jednak siedzi sobie we mnie i nijak nie chce pójść. Ma jedynie krótkie momenty w których się uspakaja i daje mi żyć.

Jestem zmęczona, ale pełna nadziei że dzisiaj przedostanę się do Warszawy. Wymeldowuje się. Okazuje się, że Kuba (Kuba jeszcze wtedy nie wiedział, że przejdzie do trzeciego etapu...) również nocował w tym samym budynku. Dziwne, że nie spotkaliśmy się wcześniej.
Idziemy razem do szkoły. My i nasze toboły (moja nowa walizka).

Przed salą rozmawiamy z podobnie spanikowanymi, zdenerwowanymi i przerażonymi kandydatami. Wszyscy mamy nadzieję na to, że dzisiaj wyjedziemy z Łodzi. Przynajmniej do Warszawy.

Czekanie jest najgorsze, ale nieuniknione. Czekanie sprawia, że nakręcasz się, rośnie poziom stresu w twoim organizmie, a panika chwyta za gardło. Siedzenie pod salą egzaminacyjną wykańcza – szczególnie wykańcza oglądanie innych, zdenerwowanych, przerażonych, załamanych (to ci po wyjściu…), płaczących…
Wtedy pojawia się co będzie ze mną? albo jak bardzo mnie tam skrzywdzą?Na szczęście moje życiowe podejście wygrywa. To jest tylko egzamin powtarzam sobie tylko.
Serio – nie ma zagrożenia życia, nie ma zagrożenia zdrowia (może odrobinę – zagrożenie zdrowia psychicznego, ale z tym sobie poradzę…) więc nie ma się czym martwić. Wszystko inne jest do załatwienia, przejścia i przeżycia. Wszyscy jesteśmy ludźmi – zarówno komisja jak i ja w ogromnej większości mamy ten sam skład chemiczny organizmu i DNA.

To jest tylko egzamin.

Jak coś mi nie wyjdzie, to najważniejsze jest to aby dostrzec co mi nie wyszło – wyciągnąć wnioski, przemyśleć sprawę i zrobić lepiej. Popierdalać.Takie podejście podczas egzaminu sprawia, że prof. Bajon stwierdza – pani zbyt łatwo się usprawiedliwia. No i do tego nie płaczę (Czy pani płacze jak się na panią krzyczy?).
Podczas egzaminu śmiałam się.
To jest tylko egzamin.

Spróbowałam dać z siebie wszystko, ale cały czas miałam wrażenie, że nie wykorzystałam swoich możliwości w pełni – nie wiem dlaczego, może to kwestia czasu, stresu i zmęczenia. Wiem jednak co zrobiłam źle i wiem że następne takie zadanie zrobię o niebo lepiej.
Nawet o dwa nieba lepiej.

Po 18:00 wysiadamy razem z Olgą i Kubą (Zarówno Olga jak i Kuba nie mieli jeszcze wiedzy o tym, że przejdą do trzeciego etapu) na dworcu Warszawa Gdańska. Cała nasza trójka czuje zmęczenie i ogromny niesmak. Przeżywamy, że zrobiliśmy coś źle, że nie byliśmy wystarczająco dobrzy…
W podziemiach Kuba idzie środkiem przejścia.
Ogarnij się, jesteśmy już w Warszawie mówię Trzeba wbić się w nurt i warszawski bieg.
Tylko martwe ryby płyną z prądem
 odpowiada mi.

 

(Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że też przejdę do trzeciego etapu rekrutacji)

Ciąg dalszy zdecydowanie nastąpi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s