5 najważniejszych filmów w moim życiu.

Jestem Filmowym Kotem, chodzę własnymi ścieżkami.

Sama idea bloga zakłada dzielenie się z czytelnikami (jeśli oni istnieją, jeśli ktoś to czyta… Halo halo!?) czymś swoim. Czasem są to własne przemyślenia, osobiste rankingi, recenzje, pamiętniki, wydarzenia z życia…
Prywatność.

Na drugie urodziny bloga postanowiłam podzielić się z wami czymś nad czym myślałam dość długo –
pięcioma filmami które mogą uchodzić za najważniejsze. Wiecie takie… naprawdę osobiste i ważne.
Takie, które oglądało się po nocy z wypiekami na twarzy, albo po których świat przez chwilę przestał istnieć. Każdy ma takie filmy.

Przygotujcie się na prywatną podróż… 🙂

5 najważniejszych filmów w moim życiu

w kolejności jak zawsze przypadkowej


1. (La note bleue) Błękitna nuta (film pojawił się już w zestawieniu filmy w moim wieku)

Pamiętam to jak dzisiaj. Był to prawdopodobnie październikowy wieczór, a ja byłam w pierwszej klasie liceum…
Kilka miesięcy wcześniej w gdyńskim Empiku odnalazłam książkę-wywiad-rzeka z Andrzejem Żuławskim. Nie miałam pojęcia kim jest człowiek, ale książka mnie zainteresowała. Kupiłam i pochłonęłam.
Po jakimś czasie okazało się, że po Polsce podróżuje zestaw filmów Żuławskiego, kina pokazują jego produkcje, organizują spotkanie z reżyserem.
Bez zastanowienia kupiłam karnet. Byłam po lekturze książki i już wiedziałam kim jest ten człowiek.
Teraz już nie pamiętam czy Błękitna Nuta była pierwszym filmem czy drugim pokazywanym w ramach retrospektywy. W białostockim kinie Pokój – niezbyt wiele widzów i ja – okutana, onieśmielona, nieopierzona. Licealne szkaradztwo.
Pamiętam, że po tym filmie nie mogłam się ruszyć. Nie potrafiłam oddychać, nie wiedziałam jak świat może dalej funkcjonować skoro tutaj rozegrał się dramat Fryderyka Chopina, George Sand i Solange. Byłam zachwycona Januszem Olejniczakiem w roli Chopina i kreacją Marie-France Pisier (Sand). Wtedy o ich historii nie wiedziałam prawie nic, ale od tego filmu oboje stali się mi na swój sposób bliscy. Są do tej pory.
Pamiętam, że kilka tygodni później – niczym z podziemi wygrzebałam ten film na DVD. Mam go w domu, oglądałam kilka razy, zmuszałam do obejrzenia rodzinę i znajomych.
Nikt nie podziela mojego entuzjazmu i zachwytu.
Od czasu tego filmu i spotkania z panem Żuławskim, mam zwyczaj dziękowania artystom za twory, które w jakiś magiczny sposób wywarły na mnie tak ogromny wpływ.

 2. Róża

Na ten film wybierałam się ze znajomym. Jednak albo mi albo jemu nie pasował termin, godzina, dzień… Pamiętam, że po tym jak po raz kolejny przełożyliśmy seans mama powiedziała mi a nie możesz iść sama?

Prawdą jest, że zawsze powtarzam jak bardzo nienawidzę chodzić sama do kina. Jednak z drugiej strony moje samotne seanse pamiętam najbardziej i przeżywam najdotkliwiej.

O tym, że Róża nie jest łatwą historią wiedziałam od początku…

Kino w multipleksie wypełnione po brzegi. Średnia wieku na sali – 45 lat. Siedziałam z brzegu. Mam w zwyczaju (bezwiednie) składać dłonie i kłaść spokojnie na udach. Podczas seansu Róży ściskałam je tak bardzo, że co chwila drętwiały. Później miałam małe ranki od wbijanych paznokci. Nie płakałam.
Nie zapomnę tej muzyki, spokojnych, niepokojących i wibrujących dźwięków, Agaty Kuleszy na rowerze i Marcina Dorocińskiego jak wykopuje kartofle na polu. Nie zapomnę też ostatniej sceny, choć chciałam wstać i głośno zaprotestować – bo to takie nie fair, że ta historia musiała się tak skończyć.

Pamiętam, że wychodząc z galerii (galeria „alfa” jak dobrze pamiętam…) zastanawiałam się jak ludzie są w stanie śmiać się, jeść i robić zakupy. Czy nikt nie widzi tutaj dramatu Róży i Tadeusza? Jak można żyć ze świadomością, że na świecie wydarzyły się też tak straszne rzeczy?

Wychodząc kupiłam paczkę papierosów chociaż nie palę.


 3. Shrink (Całe życie z wariatami)

Henry Carter jest psychologiem. Jego żona popełniła właśnie samobójstwo. On traci wiarę… we wszystko.

Film poleciła mi koleżanka. Ludzie polecają mi masę filmów, ale oglądam tylko niektóre (doba jest krótka, a ja leniwa?). Nawet nie wiem czemu sięgnęłam właśnie po ten.

Zawsze utrzymuję, że nie płaczę na filmach, ale tutaj spłakałam się okrutnie.

To był samotny wieczór w moim maleńkim i ciasnym pokoju w Warszawie. Blok z wielkiej płyty, za oknem hałas tramwajów, ja na pierwszym roku studiów. Fizycznie – zdrowa, szczupła, odżywiająca się zdrowo i racjonalnie, psychicznie – posiniaczona, niestabilna, załamana, niepewna i samotna. Nie znałam wtedy pojęcia poczucie własnej wartości.
Shrink coś we mnie zmienił. Zaczęłam myśleć przez chwilę inaczej. Tego wieczora nie stałam na balkonie szóstego piętra zastanawiając się czy byłoby lepiej skoczyć czy powiesić się. Może było tak, że Shrink uratował mi życie? Nie wiem. Być może.

Jedną z bohaterek filmu jest Jemma. Nastolatka, która chce robić filmy. Trafia do Cartera, bo jej matka popełniła samobójstwo. Dziewczyna nie radziła sobie z własną złością, emocjami i wspomnieniami. Chciała wiedzieć dlaczego ktoś tak bliski mógł ją zostawić i wyrządzić taką krzywdę. Jak ten ktoś mógł być tak samolubny.
Ciężko było, ale cieszę się że po tych kilku latach już nie jestem tą dziewczynką z mieszkania na szóstym piętrze. Nigdy już nią nie będę.
Ale cieszę się, że pamiętam jak to jest nią być.


4. Walk the line (Spacer po linie)

 (film pojawił się już w zestawieniu filmowe historie miłosne)

Październik 2011. Nienawidzę filmów. Już nigdy nie będę ich robić, nie będę o nich myśleć i o nich pisać. Czasem coś obejrzę – zgoda, ale żadnego emocjonowania się, żadnego zaangażowania. Koniec tego związku, nie ma co rozpamiętywać. Filmy są bez sensu.

W czerwcu po raz drugi nie dostałam się na reżyserię do szkoły filmowej w Łodzi. W lipcu nie dostałam się na historię sztuki na UW.

Nadal mieszkam na szóstym piętrze tego samego mieszkania. Pogodziłam się z nim i nie mam już ochoty skakać z balkonu. W moim mikrym pokoju nie jest mi dobrze, ale staram się przymykać na to oko. Czuję się jak mały szczurek w małej norce, ale ignoruję too otępiające poczucie bezsensu. Podobnie jak ignoruję Warszawę, znajomych, życie i możliwości. Ignoruję wszystko. Mój plan to ignorowanie życia, praca i rutyna. Ewentualnie jako dyplomowany etnolog zaszyję się w jakimś skansenie na końcu świata.

Spacer po linie przyszedł jakiegoś wieczora. Razem z tym filmem śmiałam się i płakałam (nadal utrzymuję, że nie płaczę na filmie). Nawet nie chodzi o to, że historia Johnny’ego Casha i June Carter mnie aż tak zafascynowała – owszem była piękna, ale… Znowu coś się stało, zaszła jakaś reakcja chemiczna.
Ten film przypomniał mi o tym dlaczego kocham filmy. O tym, że potrafią zmienić nasze życie w dwie godziny, zagnieździć się w naszych głowach, wywrócić świat do góry nogami, a przynajmniej choć na chwilę porwać nasze myśli.

Po obejrzeniu go, przez godzinę nadal śmiałam się i płakałam. Tym razem dlatego, że znowu mi nie wyszło rzucanie tej toksycznej miłości. Znowu ja i film przeprosiliśmy się i wróciliśmy do siebie. Tyle miesięcy zarzekania się, a Spacer po linie zmienił wszystko w 136 minut.
Głupie, ale prawdziwe.

5. Out of sight (Co z oczu to z serca)

(film pojawił się już w zestawieniu filmowe historie miłosne)
Jesień 2004 roku. Niedziela. TVP w ramach wieczornej ramówki prezentuje blok zakochana jedynka. Mam trzynaście lat. Twierdzę, że lubię oglądać filmy.

Przerzucam bezmyślnie kanały, moja rodzina krąży po domu, roczny brat domaga się uwagi. Natrafiam na scenę gdzie facet (jeszcze nie wiedziałam, ze to George Clooney) jest zamknięty z kobietą (ją kojarzyłam – Jennifer Lopez) w samochodowym bagażniku. Flirtują, a powietrze między nimi można kroić i sprzedawać jako źródło energii (podłączcie do lampki, a zaświeci…). Przysiadam na krześle obok telewizora.
Po godzinie słyszę to może usiądź wygodniej. Okazuje się, że zastygłam w bezruchu wpatrzona w ekran telewizora.

Przeżywam pierwszą fascynację aktorem, może pierwszą miłość (?). Nie mogę wyrzucić z głowy kilku scen i siedzę do późnej nocy grzebiąc w internecie – szukając informacji o produkcji. Później odnajduję scenariusz w języku angielskim – drukuję go, a ulubiony cytat będzie wisiał przez kolejny rok na drzwiach szafy.

Jestem zakochana w idei odczuwania tak silnych emocji względem jakiegokolwiek filmu. Jestem zakochana w idei samego odczuwania tych emocji (hormony…).

Przez kilka kolejnych lat próbuję to całe zainteresowanie filmem próbuję usprawiedliwić hormonami. Stwierdzam, że tak jak niektóre dziewczynki chcą być aktorkami, piosenkarkami i modelkami to ja mam tak z filmem – głupi wymysł, wybryk, skutek uboczny dorastania.
Wyrosnę, wydorośleję i przejdzie mi.

Nie muszę chyba dodawać, że nie przeszło mi, prawda? Naiwniak ze mnie.


 

15 thoughts on “5 najważniejszych filmów w moim życiu.

  1. Pocahontas recenzuje pisze:

    Walk the Line! Tak, tak tak! 🙂 To jeden z tych kilku, niewielu filmów, do którego co jakiś czas wracam i na te nieco ponad 2 godziny dosłownie przenoszę się zupełnie gdzie indziej 🙂 No i który naprawdę miał swój spory udział w tym, że kocham kino, a Phoenix to od lat niezmiennie mój ulubiony aktor 🙂

    Lubię to

  2. Anna Pawluczuk pisze:

    Jakie są wymagania… Ogromne. Bardzo długa historia jest na ten temat. Poza wymaganą teczką musisz… Nawet nie mam jakiejś jednej i dobrej rady na to 😉
    Zapraszam do tworzenia podobnego postu (tworzymy kolejny łańcuszek?) nie zapomnij podlinkować to chętnie przeczytam 🙂

    Lubię to

  3. Króliczek Doświadczalny pisze:

    Świetny post! bardzo intymny, ale takie lubię.

    Dla mnie Róża też jest jednym z ważniejszych filmów w życiu, ale takich, do których na pewno nie wrócę. Jednorazowo była katalizatorem emocji tak silnych, że pod ich wpływem dokonało się coś wielkiego.
    I pamiętam dokładnie to samo wrażenie – wychodziłam powoli z kina patrząc na ludzi łażących po galerii: „jak oni tak mogą?”…

    Lubię to

  4. Maygooo pisze:

    wiesz z tego co ja sie interesowalam i gadalam ze znajomymi z krak pwst to mi mowili,ze czesto oprocz teczki patrza na osobowosc,czy otwarta,czy raczej trudna do wspolpracy,czy ma pomysly na filmy,dzwiek,ujecia czy raczej to ma gleboko w dupie.Nie wiem mam nadzieje,ze przynajmniej ogarne sie na tyle,ze bede wstanie zlozyc tam papiery.Jak zrobie notke podesle 🙂

    Lubię to

  5. Ela Makar pisze:

    Dzień dobry. Przypadkiem i spóźnione, ale nie mogę się powstrzymać. Z tematyką okołochopinowską zajmuję się od wielu lat. Znam również George Sand z jej własnych tekstów. Niestety Żuławski oparł się na tradycji hagiografii chopinowskiej, GS nie interesował się zupełnie, i stworzył coś, owszem sugestywnego, ale niestety bardzo fałszywego. Nie był w stanie wyjść poza mity.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s