Frank

Tworzenie.
Jak z nim jest i o co chodzi z tą artystyczną ekspresją?
Czy trzeba być wariatem żeby być artystą (co to znaczy, na litość boską, być artystą)?
A może tu nie chodzi o talent tylko o umiejętność wykreowania siebie, umiejętność zrobienia wystarczająco głośnego szumu…

Jon (Domhnall Gleeson) ma trzydzieści lat, własny pokój w domu rodziców, pracę w biurze i konto na twitterze. Nie omieszka powiadomić swoich followersów o tym, że właśnie je kanapkę z szynką i cały dzień pracował nad nową muzyką.
Jon nie napisał jeszcze żadnej piosenki. Ale jest muzykiem.
Przez przypadek natrafia na ekscentryczną muzyczną ekipę pełną indywiduów. Mają zagrać koncert, brakuje im klawiszowca i nagle na horyzoncie objawia im się nieporadny Jon. Członkowie zespołu traktują go z rezerwą (lub nawet nienawiścią jak  Clara w którą wciela się  Maggie Gyllenhaal). Szczególnie mało wylewny jest Frank (Michael Fassbender), jednak to właśnie on podejmuje decyzję o przygarnięciu chłopaka.
Tydzień później wyjeżdżają w głąb Irlandii aby zaszyć się w głuszy i nagrać nową płytę.

Tytułowy Frank to lider zespołu. Nosi gumową głowę i nigdy jej nie zdejmuje. Posiłki przyjmuje w postaci płynnej przez słomkę, a mikrofon podłącza sobie do tego znajdującego się wewnątrz głowy. Nie zależy mu na sławie i popularności. Chce tworzyć muzykę i nagrywać najbardziej ekscentryczne dźwięki. Jednak nie sam produkt ma dla niego znaczenie – liczy się proces twórczy i popychanie członków zespołu na krawędź.
Frank, podobnie jak Don (Scoot McNairy) – wielbiciel i miłośnik manekinów spędzili kawałek życia w szpitalu psychiatrycznym.

Jon obserwując działania zespołu nie omieszka wspominać o swoich przyjaciołach (tak bardzo się nie znoszą…) na twitterze i wrzucać krótkie filmy na youtube. Twierdzi, że z geniuszem i ekscentrycznością Franka zespół może osiągnąć wiele. Ze szczenięcą fascynacją krąży wokół niego i jego gumowej głowy.

Film Leonarda Abrahamsona (reżyseria) nie odkrywa nic nowego. Ile mieliśmy już historii o ekscentrycznych artystach, dziwakach z historią choroby w szpitalu psychiatrycznym i wykolejeńcach niedostosowanych do normalnego (co to znaczy normalne? Co jest normą?) życia. Jednak jest w tym filmie coś świeżego i odmiennego…
Nie od dzisiaj (i nie od wczoraj…) przez karty historii przewijali się ludzie, którzy pragnęli tytułować siebie artystami nie mając do zaoferowania światu niczego. Jednak Frank udowadnia, że teraz nie trzeba już inaczej się ubierać czy zmieniać koloru włosów na przedziwny odcień. Można wykreować swój artystyczny image nie wychodząc z domu, można zdobyć sławę poprzez tytułowanie siebie artystą na facebooku.
(Przypomina mi to jeden z ostatnich reportaży z Dużego Formatu o tym, że każdy może być w internecie każdym… Do poczytania tutaj).

Frank momentami jest uroczy i przezabawny, ale wychodząc z kina pozostał we mnie gorzki posmak. Nie był on spowodowany jakością produkcji, ale wymową i refleksją.
Bo… co to jest ten talent? Kto decyduje, że ktoś go ma albo nie ma… albo inaczej co decyduje o tym, że on jest albo go nie ma.
Słowo-wytrych. Ten talent.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s