Filmowe rozmowy: Filmowy Melanż vs. Filmowy KOT i filmy biograficzne

Tym razem wraz z Kasią z http://filmowymelanz.blogspot.com/ rozmawiamy na temat sensu filmów biograficznych.

Czy jest na nie jakaś dobra recepta?

Filmowy Kot: Ja muszę przyznać, że tak jak uwielbiam czytać biografie, tak nie znoszę ich oglądać na dużym ekranie. Chociaż… no może – nie znoszę jest zbyt kategorycznym określeniem, bo przecież zdarzają się raz na jakiś czas takie filmy biograficzne które oglądamy z przyjemnością i które są w stanie w pełni opowiedzieć czyjeś życie, ale w większości mam wrażenie, że to jest zaledwie lekkie dotknięcie tematu. Nie uważasz?

Filmowy Melanż: Zanim odpowiem na Twoje pytanie, to chcę się odnieść do czytania biografii, o czym wspomniałaś. Ja czytuję jedynie biografie malarzy, czasem aktorów, czy reżyserów, gdyż te mnie na tyle interesują, że chcę się wgłębić w temat. I tutaj pojawia się odpowiedź na Twoje pytanie. Z jednej strony uważam, że większość biografii tylko dotyka pewnego problemu. Co z drugiej strony jest oczywiste, bo zmieszczenie pięciuset stronnicowej biografii w dwugodzinnym filmie na starcie można uznać za przegraną bitwę. Jednakże nic mnie tak nie irytuje, jak tworzenie filmów biograficznych, opartych tylko na jednym etapie życia danej osoby. Tak było chyba, w przypadku filmu Coco Chanel z Audrey Tautou, gdzie cała akcja filmu opierała się na jej romansach. Takie podejście do biografii jest irytujące również dlatego, że w najbliższym czasie, nawet jeśli ktoś planował nakręcić lepszą biografię, to tego nie zrobi.

Filmowe rozmowy bio

Audrey jako Coco Chanel


Filmowy Kot: Dokładnie – oprzeć film na jednym aspekcie życia bohatera, czy streścić całą biografię? To jest chyba kwestia nie do rozwiązania. Podobne odczucia jak Ty w stosunku do Coco Chanel miałam oglądając film o projektancie mody – Yves Saint Laurent. Nie mogę nazywać się ekspertem od życiorysu tego człowieka, ale miałam odczucie że produkcja tak strasznie spłaszczyła głównego bohatera… To tak jakby film w połowie zapomniał, że ma opowiadać czyjeś życie.

Filmowy Melanż: Akurat tej produkcji nie widziałam, choć przyznaję, że zniechęciły mnie opinie innych blogerów.

Filmowy Kot: Moja też? 🙂 Przyznam, że byłam troszkę okrutna wobec tego filmu, ale naprawdę – pozostawił po sobie ogromny niesmak.

Filmowy Melanż: Tak, Twoja też 😉

Filmowy Kot: Rozumiem, że w 120 minutach nie da się czasem zawrzeć pełnego życiorysu. Twórcze wybory reżyserów i scenarzystów, wybory wątków i scen to trudne decyzje… Bo z drugiej strony może powstać film typu jOBS przy którym się strasznie wynudziłam (a całość trwa zaledwie 122 minuty!).
Oczywiście, nie można winić samego gatunku o tak nieporadną produkcję, ale mimo wszystko – myślę, że nie obyło się to bez znaczenia (choć tak na marginesie Ashton tam mi się nie podobał…).

Jobs

Ashton Kutcher jako Steve Jobs. Okazuje się, że za nim nie przepadamy, a i film do najlepszych nie należy…

Filmowy Melanż: Filmu jOBS również nie widziałam i to również za sprawą opinii innych, ale także dlatego, że nie do końca interesuje mnie biografia pana od elektronicznego jabłuszka. No właśnie 122 minuty, a wynudziłaś się, jak mops. To jak powinna być zbudowana filmowa biografia? W moim odczuciu powinno się przedstawiać bohatera całościowo – od narodzin do śmierci.

Jak wspomniałam wcześniej bardzo denerwują mnie te przedstawiające tylko wycinek życia danej postaci, bo to kim jesteśmy kształtuje się od najmłodszych lat. Dlatego tak ważne było np. w filmie Frida, aby przedstawić wypadek głównej bohaterki, bo to ten wypadek stworzył malarkę. BTW Ashtona nie lubię w ogóle. 

Filmowy Kot: To jest chyba kwestia tego, że scenarzyści nie do końca mają poukładany sposób w jaki chcą opowiedzieć czyjeś życie. Tak jak przy Fridzie – są wydarzenia kluczowe dla czyjegoś życia i na nich należałoby oprzeć strukturę filmu, a nie płynąć i oczekiwać, że film sam się wybroni.

Filmowy Melanż: Dobrze to określiłaś. Odnoszę wrażenie, że reżyserzy biorą się za czyjąś biografię tylko z powodu możliwości dużego zarobku, ale tak naprawdę ani nie wiedzą kim naprawdę był dany człowiek, ani szczególnie ich to nie interesuje (co można stwierdzić po obejrzeniu filmu). Dlatego właśnie wiele biografii jest płytkich i pokazuje w zasadzie tylko to, co każdy widz wie na temat znanej osoby. Nie odkrywa niczego nowego.

Filmowy Kot: Czy nie uważasz, że istnieje jakaś moda na biografie? To tak jakby ludzie chcieli historii o prawdziwych postaciach z krwi i kości, chcieli świadectwa, że po Ziemi mogą chodzić ludzie inspirujący, silni i potrafiący zmieniać świat. W ostatni dziesięcioleciu zwykłe fabuły przestały już nas tak fascynować, wolimy historie oparte na faktach.

Filmowy Melanż: Trudno się z Tobą nie zgodzić. Coraz więcej filmów opartych jest albo na faktach, albo opowiada historię czyjegoś życia. To chyba jednak wina scenarzystów, którzy nie potrafią wykreować fikcji, tak interesującej, jak prawdziwe życie.

Filmowy Kot: A widziałaś jakiś dobry film biograficzny?

Filmowy Melanż: No i właśnie tutaj pojawia się pytanie, co rozumiemy pod słowem dobry. Bo owszem widziałam takowe, ale nie wiem, w jakim stopniu odnoszą się do prawdziwego życia bohaterów. Jednym z moich ulubionych filmów w ogóle, nie tylko biograficznych jest film Modigliani. Pasja Tworzenia z tytułową rolą Andy’ego Garcii i z rewelacyjną wręcz rolą Omida Djalili, który wcielając się w Picassa przebił Anthony’ego Hopkinsa z filmu Picasso – twórca i niszczyciel. Niestety nie czytałam biografii Amadeo Modiglianiego, ale wiem, że wydarzenia w filmie są tylko częściowo prawdziwe. Ukazany tam pojedynek pomiędzy nim a Picassem nigdy nie miał miejsca. Jednak odnoszę wrażenie, że w tym filmie ukazanie 100% prawdy o artyście ma mniejsze znaczenie, aniżeli pokazanie życia ogółu bohemy artystycznej tamtego okresu. Jest więc to średnia biografia, ale rewelacyjny film. Za to film o Fridzie można uznać za naprawdę udane przedstawienie życia malarki. Czytałam książkę o niej i o Diego Riverze, i film naprawdę dobrze pokazuje zarówno Fridę, jak i jej burzliwy związek. A Ty widziałaś, jakąś dobrą biografię?

Filmowe rozmowy bio

Anthony Hopkins, tutaj jako Picasso.

Filmowy Kot: Dobra biografia… Bardzo podobał mi się film Amadeusz Milosa Formana. Jest to produkcja – klasa sama w sobie. Film opowiada historię Wolfganaga Amadeusza Mozarta, ale z perspektywy jego rywala – Antonio Salieri’ego. Niezwykłe kreacje aktorskie, ale także struktura. Film jest przemyślany i co najważniejsze odbiega od wszelkich szablonów. Owszem, prawdopodobnie życie obu panów jest odrobinę podkoloryzowane, ale mimo wszystko – jest to biografia, którą trzeba zobaczyć.

Filmowy Melanż: Widziałam Amadeusza i muszę przyznać, że nie zachwyciłam się nim tak jakbym chciała. Jednakże czuję się usprawiedliwiona, bo był to ostatni film, który widziałam podczas festiwalu filmowego, na którym widziałam kilkanaście filmów. Zmęczenie dało się we znaki i odbiór tego długiego filmu nie był taki, jak powinien. Powinnam zobaczyć go jeszcze raz.

Amadeus

Amadeusz i sam Wolfgang Amadeusz Mozart


Filmowy Kot:
Jeśli chodzi zaś o film, który dotyka jedynie kawałka życia bohatera to uwielbiam Błękitną Nutę. Owszem, można się sprzeczać czy jest to sensu stricte film biograficzny, bo Andrzej Żuławski (reżyser) zdaje się bardziej odtwarzać i interpretować ostatni etap relacji Chopina i George Sand.

Filmowy Melanż: Nie wiem czy zauważyłaś, ale oprócz filmów stricte opisujących życie danych osób, mamy jeszcze filmy biograficzne, które choć ukazują życie konkretnej osoby, bardziej przedstawiają życie konkretnego środowiska. Takim filmem jest na przykład oglądany przeze mnie niedawno Kamerdyner. Dla mnie sama postać głównego bohatera, którego nawet nazwiska nie pamiętam, nie miała w filmie takiego znaczenia, jak przedstawienie czarnoskórej, amerykańskiej ludności. Też masz takie wrażenie?

Filmowy Kot: Kamerdyner to film, który mi się wybitnie nie podobał. Domyślam się, że miał za zadanie w dużej mierze edukować widzów i pokazać jak zmieniało się podejście społeczeństwa…

Filmowy Melanż: Ja po jego obejrzeniu odniosłam wrażenie, że naprawdę zrozumieć mogą go jedynie Amerykanie.

Filmowy Kot: Ciągle krążymy wokół filmów biograficznych znanych osób, postaci na swój sposób historycznych. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że większość filmów oparta jest na czyimś życiorysie. Tak jest w przypadku Nietykalnych, Przerwanej lekcji muzyki, Freedom Writers czy chociażby Erin Brockovich. Są to historie oparte na prawdziwym życiu ludzi którzy rzeczywiście istnieli, mieli imię nazwisko, numer ubezpieczenia, pesel i inne cyferki…

Filmowy Melanż: Często zaskakujące jest to, że dany film oparty jest na czyimś życiu, jak na przykład francuski Nietykalni, albo Wszystko za życie. No i właśnie czy uważasz, że w przypadku tego rodzaju filmów biograficznych w ogóle istotne jest życie/biografia danej osoby, czy tak naprawdę dla widza interesująca, a czasem pouczająca jest sama historia? Bo mi się wydaje, że nie ma tutaj znaczenie, że ta historia spotkała pana X, tylko ważna jest sama opowieść.

Untouchables

Francuski hit Nietykalni to też film biograficzny!

Filmowy Kot: Bohater, morał i opowieść. Jak nie jesteś znanym artystą, politykiem czy działaczem to nikogo nie będzie obchodziło czy ten film jest oparty na faktach czy całkowicie fabularyzowany.

Z drugiej strony ile jest filmów w historii kina gdzie scenarzyści i reżyserzy tworzyli filmy posiłkując się na chodzących po Ziemi ludziach nie zaznaczając, że są to ich biografie. Czerpali pewne wydarzenia z ich życia, wycinali niepotrzebne kawałki i wykorzystywali te najbardziej interesujące…

Filmowy Melanż: W ten sposób można uznać, że każdy film ma coś w sobie z biografii samego twórcy.

Filmowe rozmowy bio

Bardziej zwracamy uwagę na to, że film jest oparty na faktach dopiero jak dotyczy życia znanej osoby.

Filmowy Kot: Ale to już chyba zbytnio zaczynam filozofować… Skupiamy się jednak na konkretnych tytułach, a tak naprawdę – nawet ja pisząc postacie w swoich filmach opieram ich w dużej mierze na kimś kto chodzi po ziemi. Mieszam jednak wydarzenia, cechy charakteru i udaję że wcale nie czerpię z życia…

Filmowy Melanż: Dobrze, to usystematyzujmy trochę naszą rozmowę. Mamy więc filmy stricte biograficzne, które dzielą się na te opowiadające całe życie od A do Z, oraz te, które są jedynie wycinkiem życiorysu. Do nich dochodzi drugi typ filmu biograficznego, w którym reżyser poprzez ukazanie życia bohatera chce pokazać pewną rzeczywistość, czy wydarzenie historyczne, albo zjawisko społeczne. Z całą pewnością mogę uznać, że ten drugi typ wolę bardziej, bo wtedy nie przeszkadza mi to, że w filmie ukazany jest jedynie skrawek czyjegoś życia, wiem bowiem, że tak naprawdę liczy się wydarzenie, a nie czyjś życiorys, który w tym wypadku jest tłem. Lubię także typowe biografie, ale muszą być one szczegółowe i opowiadać o czyimś życiu od narodzin do śmierci. Tylko całościowe przedstawienie postaci ma sens.
A! Zapomniałabym o jeszcze jednym rodzaju filmów biograficznych, choć to może za dużo powiedziane. Mam na myśli wszystkie filmy, które jedynie zostały oparte na faktach, zainspirowane czyimś życiem, ale jedynie część przedstawionej historii jest prawdziwa, a reszta to fikcja. Takim rodzajem filmu jest na przykład Wrogowie Publiczni z Johnnym Deppem. Postać Dillingera istniała naprawdę, ale wydarzenia w filmie są fikcyjne.

Filmowy Kot: Tyle typów, tyle rodzajów… Ja bym skwitowała to dość znaną postawą reżyserów i scenarzystów – jestem artystą, mogę wszystko!
A do filmów stricte biograficznych chyba jeszcze długo się nie przekonam. Jak biografia to książka.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s