Wish I Was Here | Gdybym tylko tu był

W 2004 roku Zach Braff podbił serca widzów na całym świecie swoim filmem Garden State (o którym zresztą pisałam TUTAJ). Po dłuższej przerwie powraca z kolejnym obrazem, który stylistycznie jest przedłużeniem rozważań i klimatu jaki pamiętamy z Garden…


Aidan Bloom (Zach Braff we własnej osobie) jest 35 letnim aktorem, który błąka się od jednego przesłuchania do drugiego. Dwójkę dzieci (Tuckera – Pierce Gagnon i Grace – Joey King), parterowy domek w LA i średni poziom życia stara się utrzymać jego żona Sarah (Kate Hudson). Pewnego dnia dziadek Tuckera i Grace (Mandy Patinkin) zaprzestaje opłacania czesnego za ich naukę w prestiżowej żydowskiej szkole. Okazuje się, że jest śmiertelnie chory, a pieniądze chce przeznaczyć na eksperymentalną terapię. Jednak szybko okazuje się, że jego walka z rakiem będzie przegrana.

Konfrontacja z ostatnimi chwilami życia ojca, zabranie dzieci ze szkoły i rozpoczęcie domowego nauczania oraz próba dotarcia do swojego młodszego brata (Josh Gad) sprawia, że Aidan musi wziąć życie w swoje ręce. W każdej scenie zdaje się próbować pozszywać to co bezpowrotnie rozerwane, jednak w pewnym momencie dostrzega że jego wysiłki nie zawsze muszą mieć materialny efekt.

Wish I Was Here to kolejny życiowy film. Słodko – gorzka opowieść w której nigdy nie będzie całkowicie wygranych i całkowicie przegranych. Braff próbuje nam udowodnić, że to jacy będziemy zależy od tego jak będziemy siebie postrzegać. Czasem okazuje się, że pomagając konkurentowi na przesłuchaniu wcale nie zamykamy przed sobą możliwości, ale otwieramy drzwi za którymi czai się inna, może nawet dająca nam większe szczęście ścieżka.

Prawdą jest, że nowy film Braffa jest w dużej mierze powtórką motywów i przemyśleń z Garden State, jednak widać wyraźnie, że jest zrobiony przez reżysera znajdującego się na innym etapie życia. Braff choć ponownie próbuje rozliczyć się z dzieciństwem to tym razem robi to z poziomu ojca i męża. Nadal jednak, tak jak każdy z nas – jest odrobinę zagubiony i stara się sprawdzić we wszystkich swoich życiowych rolach oraz próbuje pogodzić siebie ze swoimi marzeniami.

Momentami odnosiłam wrażenie, że opowiadanie Braffa jest szyte bardzo grubymi nićmi. Oddzielne sceny zdają się nie pasować do siebie, a pomiędzy szwami są spore dziury. Ładne, choć klasyczne zdjęcia, atmosfera niezależnego amerykańskiego filmu i indie-rockowa muzyka próbują łatać wszystkie niedociągnięcia. W większości przypadków jest to skuteczne, jednak możemy odczuwać znużenie.
Jednym z kluczowych niedociągnięć jest moim zdaniem niewykorzystanie potencjału Kate Hudson, której postać nie zostaje należycie rozwinięta. Sarah ma swoje momenty, szczególnie ten kiedy jej córka Grace stwierdza wcale nie jesteś szczęśliwa. Sarah w tym filmie to jedynie tło dla swojego męża, a szkoda bo mogłaby być niezwykle interesującą, wielowymiarową postacią kobiecą.

Pomimo niezbyt zręcznego szwu myślę, że miłośnicy Garden State powinni sięgnąć po Wish I Was Here. W końcu wszyscy, nie tylko Zach Braff, dorastamy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s