Theory of Everything

Historię Hawkinga bardzo łatwo byłoby zniszczyć i obrócić w niestrawny banał. Geniusz cierpiący na stwardnienie zanikowe boczne, astrofizyk który mimo swojej choroby stał się naukowcem – celebrytą… każdy ma poczucie, że to idealny temat na film.

Jednak z takim podejściem nie byłoby filmu – mielibyśmy laurkę i ładnie oprawione zdjęcie w masywną ramę. A na laurkę szkoda wydawać 15 000 000 dolarów* (jak podają dane taki był budżet filmu), nieprawdaż?

James Marsh (reżyseria) ugryzł historię troszkę inaczej i chociaż nie zdecydował się na skrajne i konsekwentne podejście to mimo wszystko wycisnął z Hawkingowej laurki odrobinę więcej. Wszystko dzięki drobnemu zabiegowi narracyjnemu i przeniesieniu punktu ciężkości na kobietę stojącą u boku geniusza.

Stephen (niesamowity Eddie Redmayne) i Jane (Felicity Jones) poznali się na studiach – on nie mógł się zdecydować jakiemu tematowi chce poświęcić swój doktorat, a ona wiedziała już że chce pisać o poezji średniowiecznej.
On dowiaduje się o swojej chorobie i niczym w dobrym melodramacie odpycha ją od siebie, a ona decyduje się na ślub. Deklaruje, że będzie obok – chce wykorzystać jego ostatnie dwa lata jak najlepiej. Przecież kochają się i to powinno wystarczyć.

James Marsh odrobił lekcje na temat najlepiej działających na widza zabiegów przy tworzeniu filmowej biografii. Domyślił się, że uniwersytet nie będzie atrakcyjnym wątkiem. Aby film zarobił miliony odbiorcy muszą dostać coś uniwersalnego do czego będą mogli odnieść się emocjonalnie i czego będą mogli się zaczepić. Dlatego kamera weszła do domu Hawkinga i zbliżała się do twarzy Jane w której odbijał się cały życiorys jej męża. To w niej mogliśmy obserwować jego chorobę, zmęczenie, rutynę, ciężką pracę oraz fakt, że dwa lata nagle zamieniły się w całą wieczność…
Zdecydowanie – gdyby nie Jane – nie byłoby żadnego filmu.

Szkoda, że w tym opowiadaniu nie było miejsca na dzieci i ich relacje z dorosłymi bohaterami – zarówno rodzicami jak i z przyjacielem domu Johnatanem (Charlie Cox). Co z tego, że zarówno on jak i Jane czuli do siebie coś więcej kiedy obok nich siedzi na wózku Stephen którego trzeba nakarmić, podnieść, przenieść… Choć astrofizyk stara się zachować resztki poczucia humoru i autoironii to widzi, że jego żarty raczej giną w próżni zamiast rozweselać wybrankę serca.

Gdyby reżyser zdecydował się pozostać w słodko-gorzkim życiowym klimacie jaki próbował nam sprzedać za pomocą pani Hawking, film stałby się nietuzinkowym portretem kobiety, która świadoma swego wyboru jeszcze bardziej świadomie postanawia w nim trwać. Jednak niestety Marsh na koniec Teorii Wszystkiego wybiera odcienie laurkowe i cukierkowe. Owszem działają na nas efekty jakie stosuje – czas się cofa, a my emocjonalnie podsumowujemy nie tylko życie astrofizyka ale i nasze własne. Warto było? – każdy widz pyta sam siebie trawiąc w głowie historię Stephena i Jane przewijając życiorys i cofając się do tego samego momentu kiedy jedno dostrzegło drugiego stojąc po przekątnej zatłoczonego pokoju.
Warto?

Moim zdaniem warto zobaczyć film.


*Box Office podaje też że w Ameryce film zarobił ponad 30 000 000 $ i ponad 50 000 000$ poza Stanami Zjednoczonymi.

One thought on “Theory of Everything

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s