Danny Collins

Wszystko tu jest oczywiste i do przewidzenia. Zaczynając od polskiego tytułu filmu – że będzie lekko różnił się od oryginalnego – po fabułę i Ala Pacino (który zwyczajnie – jest sobą). Ale mimo wszystko podczas seansu Danny’ego Collinsa (albo jak kto woli nasz rodzimy tytuł: Idol) jakoś nudno nie było. Chociaż to wszystko takie oklepane i dawno już używane…

Danny Collins to podstarzały gwiazdor rocka. Jego kariera rozpoczęła się z hukiem i na fali pochwał. Był porównywany do Lennona, zwiastowano mu ogromną karierę, sławę i pieniądze – a on sam, trwał w przerażeniu przed tym co wróżyli mu dziennikarze. Kilka żon później, kilkaset hektolitrów whisky później (…tuż przed swoją emeryturą) dostaje list, który zaraz po wydaniu debiutanckiej płyty wysłał mu nikt inny jak John Lennon (podając nawet swój prywatny numer telefonu). Choć odrobinę za późno, ale nadal – Collins zabiera się za zmianę swojego życia.

Chociaż w sumie nic nowego, to mimo wszystko Danny Collins jest filmem, który w kilku momentach może próbować kraść nam serce. Na mnie – działa, ale ja jestem ckliwa i lubię tanie chwyty.

Dan Fogelman debiutując w roli reżysera (znany jest bardziej jako scenarzysta – stworzył między innymi scenariusz do filmu Crazy Stupid Love) w filmie używa zarówno: dorosłego i zapomnianego syna (Bobby Cannavale), przeuroczej i uzdolnionej muzycznie wnuczki z ADHD (CUDOWNA Giselle Eisenberg), świetnej synowej (Jennifer Garner) oraz zwyczajnej i szarej przyjaciółki – pani manager z hotelu (Annette Bening). Dodaje do tego ponowne próby pisania piosenek, osobiste blokady i ciągle wylewające się na prawo i lewo pieniądze rockowego gwiazdora. Mogło być nieznośnie, ale w końcu wszystko zostaje dopięte i doprawione Alem Pacino – który jest sobą – gwiazdorem, któremu wszystko wolno i któremu wszystko wybaczymy (nawet gdy trochę za bardzo przyćmiewa swoim blaskiem resztę obsady).

Na dodatek Idol zostaje doprawiony miłym dla oka humorem i muzyką, obok której nie da się przejść obojętnie. Przeprowadzone gładko opowiadanie urwie się jedynie w momencie zbyt szybkim i nagłym. Happy end na horyzoncie – oczywiście, to wiemy po pierwszych dziesięciu filmach, ale w sumie… mogłabym jeszcze przez kilka dodatkowych scen obejrzeć beztroskiego Danny’ego Collinsa.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s