Z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 29

Muszę odwołać życie prywatne, bo mam świat do uratowania.

 

Wypowiedziane przypadkowo zdanie stało się jakimś cytatem września.

Nie da się łapać wszystkiego w swoim życiu. Zawsze okaże się, że coś się chrzani i rozsypuje. Okazuje się, że brakuje ręki, wszystko się wali, pali i nie ma jak.

Jak regularnie piszę, brakuje doby na filmy i scenariusze. Jak poświęcam uwagę filmom – rodzina czuje się w niedoborze mojej osoby. Znajomi czasem zapominają jak wyglądam, więc hurtem nadrabiam spotkania z jakiejś gorącej i tęskniącej potrzeby. Życie prywatne? Między jednym i drugim ujęciem odwołuję wspólnie spędzany czas. I co ty robisz? Jeśli będziesz ciągle rezygnowała ze swoich spotkań z facetami, to wiecznie będziesz sama.
Ratowanie świata jest ważniejsze.

I tak piszę ten post już któryś dzień i jakoś nie mogę skończyć…

Tydzień 1

Wtorek

Upał 35 stopni. Jadę autobusem do Warszawy, a jutro skoro świt wraz z casem ze sprzętem konkretnym (nieustannie śmieszy mnie to hasło Fastmedia) wybieram się do Łodzi.
Mamy jeszcze misję do zrobienia mówi mi Kaśka odbierając mnie z dworca. Wsiadamy w samochód i jak to często się zdarza – po Warszawie jedziemy jak kobiety. Palimy przy otwartych oknach, plotkujemy i odbieramy sztuczną krew z podejrzanych miejsc.
Na wieczór mamy zaplanowane wino i plotki.


Środa

Pobudka o bandycko wczesnej godzinie. Otwieram jedno oko i pierwsza myśl: nie. za nic w świecie żadna siła mnie nie zwlecze z łóżka. nie. nienawidzę filmów.
Druga myśl to: dwie godziny w pociągu oznacza nadrobienie snu.
Trzecia myśl: wieziesz kamerę, nie masz prawa zamknąć nawet jednego oka.
Cholera.

Po 10 minutach wstaję. W rekordowo krótkim czasie zbieramy się i jesteśmy już w drodze na dworzec (wszystkim którzy uważają, że kobiety przygotowują się do wyjścia pół wieczności radzimy spojrzeć na kobiety pracujące przy filmowej produkcji).
Tam sprawdzam czas – jeszcze 10 minut? To kawa i śniadanie.
Na peronie spotykam Helę – aktorkę z mojej etiudy. Psioczymy na pogodę. Z 35 stopni zrobiło się jakieś 18, a ja wyglądam jak bezdomne dziecko, które nałożyło na siebie wszystko co miało pod ręką. Ta stylówka będzie się utrzymywać przez kolejne półtorej tygodnia.

W Łodzi mnie i case’a odbiera znajomy ze szkoły. W samochodzie ciepło, w mieście – korki. Po drodze załatwiamy najbardziej absurdalne rzeczy w tym zwiedzamy urząd miasta w Zgierzu.

Wreszcie udaje się nam dojechać na miejsce planu filmowego do pięknego Sycewa. Mamy drobny deszczyk, słońce, wiatr i znowu słońce. Początkowo – leniwa atmosfera bardziej przypomina spotkanie w gronie znajomych niż pracę. Spacer po sadzie, jedzenie borówek, malin i jabłek. Ganianie motyli z kamerą, obserwowanie os.
Sielanka.

Zachód słońca

Zdjęcia kończymy około północy. Zakurzeni, potargani i czujący zmęczenie w mięśniach. Moje przemyślenia zaczynają się i kończą na tym, że muszę jeszcze nabyć umiejętności (delikatnie powiedzianego) dyplomatyczne. Nie rozumiem, nie ogarniam, a w kieszeni noszę drobny sprzeciw bo wszystko i wszystkich mierzę swoją miarą. Od dziecka jestem przekonana, że każdy kto ma dwie rączki i nóżki może wykonywać każdą czynność. Noszenie statywów nie jest hańbą, a sprzątanie dotyczy każdego.
Okazuje się jednak, że idea równości nie sprawdza się w wielu sytuacjach. Tutaj mamy równych i równiejszych.
Na dodatek patrząc na make-up’y i stroje innych przedstawicielek płci żeńskiej czuję się jak mały, bezpłciowy potworek ze śmietnika.
(Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to preludium do kolejnego tygodnia.)

W międzyczasiu nabywam także umiejętności bycia statywem do lampek scenograficznych i rzucania praktycznych pomysłów. Jak to bywa na planach – znajomości się zacieśniają, a więzi się wiążą


Czwartek

Po kilku godzinach snu, ze zmęczeniem zwlekamy się do roboty. Słońce już jest zbyt wysoko na magiczne światełko w ogrodzie – ale co poradzisz, jak nic nie poradzisz.
Poję ludzi magnezem aby szybciej pozbyli się zmęczenia dnia wczorajszego. Czaruję żeby co poniektórych szybciej postawić na nogi, choć obiecuję sobie za każdym razem że nie będę pchała łap tam gdzie nie jestem proszona.
Po pierwszej scenie mamy przerwę. Make-up i inne sprawy wizerunkowe zajmują mnóstwo czasu. Ekipa ma czas na kawę, fajkę i przekąskę. Słońce świeci, a spokój wisi w powietrzu. Czas na roztrząsanie spraw związanych z edukacją filmową w Polsce, rzucanie pomysłów i opowiadanie historyjek i anegdot. Wraz ze szkolną legitymacją staliśmy się członkami łódzkiej mafii filmowej i niestety zawsze najlepiej się czujemy we własnym towarzystwie. Na dodatek dobrze jest poplotkować o szkole i współstudentach – zawsze.

Plan? Jaki plan.

BHP na planie praktycznie nie istnieje kiedy włazimy ze sprzętem na rozwalającą się przyczepę. Nie wiadomo co lepiej – trzymać siebie czy kamerę. Stracić zęby czy obiektyw?

W godzinach popołudniowych dostaję telefon. Taki z serii martwiących telefonów. Odwołuję wieczorne warszawskie spotkania i zaczynam tak knuć żeby wszystko poskładać na czas. W końcu rezygnujemy z jednego ujęcia, inne robimy na szybkości. Ale mimo wszystko plan należy do udanych.

Przynajmniej Kasia dba o to abyśmy miały jakąś pamiątkę.

Wieczorem, minuty gonią nas tak bardzo, że ledwie mamy czas na pożegnanie się ze wszystkimi (o jedzeniu nie wspomnę). Ostatni wspólny papieros i w samochód.

Rozmowy o życiu, śmierci i miłości. Zaległe odpisywanie na wszystkie wiadomości które do mnie dotarły w przeciągu ostatnich dni i załatwianie spraw. Mam wrażenie, że coś mi ciąży w klatce piersiowej i zastanawiam się czy to już jest symptom poplanowego kaca.* A może zwyczajnie – zmęczenie i fizyczny głód.
Nie wiem.


Piątek

O 9 rano budzi mnie telefon. Nie. – myślę – żadna siła nie ściągnie mnie z łóżka. nienawidzę filmów. właśnie na nie marnuję najlepsze lata swojego życia.
Owa siła ściąga mnie szybciej niż bym podejrzewała, bo ważniejsza od mojego niewyspania jest etiuda operatorska.

Do końca dnia nie odklejam się od telefonu. A to tylko wstęp.


Sobota

 – Odłóż ten telefon – słyszę od ciotki. Rodzinny obiad, imieniny babci, wszyscy szczęśliwi przy stole. Ja mam lekkiego poplanowego kaca.
 – Już – mówię. Dostaję właśnie wiadomości w przybliżonej treści: obczaj scenariusz.
W międzyczasiu kiedy jedną ręką zbieram brudne talerze drugą obdzwaniam ludzi.
Odłóż ten tablet – warczą. Pod stołem czytam co mam do przeczytania.
Mój szczęśliwy brat cioteczny wraz ze swoją narzeczoną ogłaszają przybliżony termin ślubu.
 – Weźmiesz tego swojego kawalera i będzie super – mówi wujaszek rechocząc w sposób wręcz niestosowny.
Stwierdzam, że wolę oddalić się na papierosa. Bo przecież i tak nie wytłumaczę samej siebie.


Tydzień 2

Poniedziałek

Ponownie jadę autobusem do Warszawy. Deszczyk się deszczy, okazuje się że po drodze muszę odebrać sztuczną krew. Spoko myślę. Nadrabiam sen w autobusie, próbuję zebrać myśli i nie dać się jakiemukolwiek poirytowaniu jakie gdzieś próbuje krążyć w żyłach.
Tuż przed Warszawą wiem, że jestem w niedoczasie. Zaczynam kombinować, bo może jest ktoś kto mógłby mi pomóc. Skądże.
Wraz z walizką przebiegam przez uliczki aby zdążyć na czas. Niejednokrotnie wpadam w kałuże. Przeklinam bardzo głośno, ale właśnie biegnę po warszawskiej pradze, więc udaję że to tylko wpasowanie się w klimat. Na dodatek skończyły mi się papierosy.

O 16:20 z butelką sztucznej krwi (co ja mam do tej krwi!) wsiadam w pociąg do Łodzi. Marzy mi się już spokojny wieczór w moim mieszkaniu, suche ubrania i ciepła kawa. Zastanawiam się dlaczego czuję się znowu tak źle. Dlatego że jeszcze nic nie jadłam?
W pociągu żadnych miejsc siedzących. Wszystko źle myślę siadając w korytarzu.
Przestań się mazać Pawluczuk powtarzam sobie wysiadając na stacji Łódź Kaliska. Są rzeczy ważniejsze od twojej fizycznej niewygody i ego większego niż pociągowy wagon.

Po 19:00 wpadam do mieszkania. Zapomniałam, że tak bardzo je kocham.
Ledwie otwieram okna żeby wpuścić odrobinę świeżego powietrza i oczywiście oświeca mnie, że normalni ludzie jedzą jedzenie. Biegnę do sklepu znajomymi, ale dawno nie widzianymi uliczkami. Cieszy mnie to w sposób lekko niestosowny.

Wraz z Piotrkiem – moim ulubionym autorem zdjęć, o bardzo późnej porze zabieramy się do spisywania scenopisu do jego etiudy. Dopiero później przyszła do mnie mądrość że zamiast narzekać na brak czytelności Piotrkowego pisma mogłam sama wszystko spisać.

Chłopcy i ich zabawki


Wtorek

 – Anka, musimy jeszcze ogarnąć… – staje się hymnem kolejnych dni. Rzeczy pilne zapisuję sobie na dłoni hasłami ledwie zrozumiałymi mi samej.
Pierwszy dzień zdjęciowy na wsi. Zagroda świń – jedna z nich będzie naszą aktorką.
Patrząc na małe przeurocze prosiaczki stwierdzam, że jeśli jeszcze pozostały we mnie resztki mięsożernej natury to właśnie giną pod naporem chrumkających słodziaków (pomijam, że nie tykam wieprzowiny od ponad dwóch lat).

Pierwsze dni zdjęciowe są zawsze dziwne. Kiedy nie wszyscy znają swój wzajemny rytm pracy oraz nie wszyscy są jeszcze przyzwyczajeni do dziwnych żartów i specyficznego poczucia humoru.

W międzyczasiu załatwiam jedną z najdziwniejszych rzeczy jaką załatwiałam w życiu – transport 70 kilogramowej tuszy wieprzowej ze Zgierza do Chrośna, który ma się odbyć o 4:00 nad ranem.

Chociaż plan kończymy wcześniej niż zwykle to mimo wszystko okazuje się, że „musimy jeszcze ogarnąć…”. Jednym z moich super ultra ważnych zadań jest zrobienie kilkunastu kanapek. Na szczęście dobry humor i świńskie żarty nas nie opuszczają.

Kompozycja tragiczna

W okolicach północy zmieniamy scenariusz etiudy. Kto bogatemu zabroni?
Między drugą, a trzecią siedzę przy stole opatulona kocem i staram się zachować resztki świadomości i myśleć nad ustawianiem kamery. Nie jest to najłatwiejsza rzecz w moim życiu.

Kiedy w końcu zasypiam dostaję telefon od pana, który o 4:00 nad ranem przywiózł 70 kilogramową tuszę wieprzową do Zgierza…


Środa

Jest zimno. Śniadanie jem w samochodzie (biorąc pod uwagę, że jest to serek wiejski z płatkami kukurydzianymi – moje najszybsze bezglutenowe jedzenie), wiozę na kolanach lampę i zastanawiam się co jeszcze mogę wlać do krwioobiegu żeby obudzić swój mózg.

Maaaamooooooo Kooooootkaaaa!!!

 

Na szczęście na lokacji mamy dwa koty i dwa kociątka. Wszystkie niewygody zostają zrekompensowane kocim mruczeniem. Robię maluchowi zdjęcie i wysyłam mamie (jak się później okazało mama mmsa nie dostała bo przecież nie ma zasięgu) z podpisem: mamooooooooooo ja chcę koooooootkaaaaaaa.

Co tam filmy. KOTY.



Widok martwej świni sprawia, że mam poważny wstręt do mięsa**. Chodzimy wokół niej ostrożnie, ogrywamy i skradamy się obok. O dotknięciu koniuszkiem palca nawet nie ma tego dnia mowy.

Po południu wszystko w naszym języku będzie zawierało określenie świńskie. Na dodatek pojawia się sformułowanie śmierdzieć świnią.

Praca na taśmie filmowej sprawia, że wszystko co normalnie można byłoby nakręcić w jeden dzień dzieje się dwa razy wolniej – mierzenie, czekanie na słońce i sprawdzanie kadru. Zanim włączamy kamerę zastanawiamy się milion razy czy należy to zrobić właśnie tak i właśnie tu. W szkole mówią na to szacunek dla taśmy. W końcu każda sekunda to pieniądze, to nieodwracalnie stracony nośnik, to wywoływanie i skanowanie…
Spaceruję dookoła i myślę o tych wszystkich filmach które kiedyś powstawały. O sztabie ludzi, ryzyku i cierpliwości, której teraz nam – młodym adeptom sztuki, często brakuje.
Czy kiedyś tak samo marudzono?

Dzień kończy się późno. Wieczorem zamierzamy zmienić scenariusz, ale okazuje się że kreatywność przyjdzie dopiero rano.

Krwawica.


 Czwartek

Otwieram oczy bez marudzenia. Jestem dużą dziewczynką.
Nakładam brudną, śmierdzącą świnią kurtkę zimową, czapkę i bluzę z kapturem. Patrzę na siebie w lustrze i przez kilka sekund zastanawiam się jakiej jestem płci, bo nie przypominam już dziewczynki.

Pawluczuk, ty nie jesteś dziewczynką. Ty jesteś ziomkiem.
Noszę koty na rękach, podaję obiektywy, (dość nieudolnie) robię dźwięk, rozrabiam sztuczną krew, spryskuję świnię wodą, rozganiam dym, gotuję wrzątek, a w międzyczasiu leżę na twardej górce z pszenicy. Staram się nie myśleć o ilości robactwa, która tam spaceruje.

Sprzątam, zbieram śmieci, pakuję kable, przeliczam ramki, wędruję z latarką po stodole. Dzwonię, załatwiam, liczę czas i podgryzam banany mieszając je ze snicersem. Chodzę ze scenopisem, gubię długopisy, robię zdjęcia, przynoszę, odnoszę i wynoszę. Jestem sobą.

Ostatnią scenę nagrywamy w moim mieszkaniu i na klatce schodowej. Jeden z sąsiadów wychyla się ze swojego lokum żeby popatrzeć, ale o dziwo nikt nam nie zwraca uwagi. Niechcący odkrywam urokliwe miejsce we własnej kamienicy. Co z tego, że mieszkam tam już rok…

Skądś kojarzę ten korytarz

W okolicy północy odwozimy sprzęt. Koniec zdjęć? Z obrzydzeniem wrzucam do pralki śmierdzącą świnią kurtkę i wytrzepuję z ubrań pszenicę.
Proza życia.


Piątek

Najdziwniejszy jest pierwszy dzień po planie. Kiedy już doprowadzisz siebie do porządku, zdezynfekujesz ciało, ubrania i przestrzeń wokół – okazuje się, że trzeba wracać do rzeczywistości.

Wysiadam w centrum Warszawy i idę z walizką przez znane ulice. Dzwonię do mamy, która wiedząc o planowym stylu życia pisze tylko raz na dobę żyjesz?
Opowiadam jej ze szczegółami o tym co robiliśmy. To nic, że będziemy się widzieć za kilka godzin.

Piję kawę w ulubionej kawiarni i czekam na spotkanie. Co z tego, że zrobiłam sobie dzisiaj makijaż i nawet miałam chwilę żeby pomalować paznokcie. Mam brudne i porwane buty, a na swoją ładną koszulę nałożyłam najstarszą (i jedyną czystą i nie śmierdzącą świnią) bluzę dresową (bo zimno. Jak mam do wyboru ładnie lub ciepło to zawsze wybieram ciepło).
Czuję się trochę jak wielbłąd niosąc plecak z laptopem. Może bardziej jak ślimak – mam swój domek na plecach.
Znowu mam wrażenie, że jestem wszędzie i nigdzie. I ile nie zrobię, to i tak w mojej głowie będzie to niewystarczająco dużo.

Zastanawiam się jak wytłumaczę komukolwiek, że chociaż nic się nie dzieje to każdy plan filmowy odrobinę zmienia perspektywę. Myślę o wpisie na blogu i zastanawiam się jak mam to opisać – jakich słów użyć i jak pokazać to co niedostrzegalne.

Jeszcze muszę się wiele nauczyć żeby odnaleźć w tym cholernym wszystkim jakiś złoty środek.

 – Anka, ale mam nadzieję że nie napiszesz o tym wszystkim na Filmowym Kocie.
– Oczywiście, że napiszę.
– O cholera.
– Ale weź pod uwagę, że nigdy nie opisuję całej i szczegółowej prawdy. Od niej można byłoby oszaleć.

* Kac po planie to termin wręcz naukowy i dotyka każdego po skończonej pracy na planie, gdzie czas płynie zawsze inaczej. Objawia się rozkojarzeniem, nadpobudliwością, nieumiejętnością znalezienia sobie miejsca, odczuwaniem silnego i bliżej niezidentyfikowanego braku oraz pewnym życiem wspomnieniami z ostatnich dni. Pewnym lekarstwem jest dzielenie się opowieściami z innymi, aczkolwiek pojawia się zawsze problem – z kim.

** Po tygodniu od zapoznania się z martwą wieprzową tuszą nadal omijam szerokim łukiem stoiska mięsne w sklepie. Mam problem z usiedzeniem w jednym pomieszczeniu kiedy czuję zapach mięsa, bo zamiast kotleta widzę uroczego prosiaczka.

2 thoughts on “Z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 29

  1. Katarzyna Stefańska pisze:

    Ludzie czytają „Z pamiętnika filmowca amatora” bo lubią czytać o tym jak robisz filmy, albo bardziej ludzie lubią ludzkie tragedie, wysiłek, brak życia prywatnego choć myślą, że to spełnienie snów 😉 Ja osobiście uwielbiam czytać i to i to choć ZPFA zawsze bawi mnie do łez 🙂

    Lubię to

  2. Anonimowy pisze:

    Ja co prawda dopiero stawiam pierwsze kroki w swojej przygodzie z montażem i szczerze zazdroszczę nawet kaca po planie 😛 Póki co moje prace kończą na jakichs konkursach bo nie mam odwagi jeszcze publikować. Idzie mi coraz lepiej , ostatnio nawet 300 zł za trzecie miejsce zgarnąłem 😛 A teraz mam chrapkę na to https://apps.facebook.com/guinness-video/?fb_source=search&ref=ts&fref=ts
    Pomysł ciekawy i bardzo kreatywne rzeczy można stworzyć.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s