z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 43

Spisałam ostatnio swój pomysł na trzecioroczną fabułę. Wycierpiałam katusze*

Najpierw – zanim otworzyłam edytor tekstu, wolałam zawczasu coś zjeść. Jak wszyscy wiemy – głód  jest w stanie skutecznie odciągnąć od pracy.

Później postanowiłam ogarnąć życiową przestrzeń – niektórzy twierdzą, że porządek na biurku może sprzyjać porządkowi w głowie (aczkolwiek jest to kompletna bzdura). Po drodze wykonałam jeszcze trzy telefony, sprawdziłam blogowe statystyki filmowego kota (jest okej, ale zbyt słabo aby mieć poczucie wiecznej poczytności), instagrama (nieźle), facebooka (na szczęście nikt się nie zaręczył, nikt nie urodził dziecka i nikt się nie rozwiódł) oraz rzuciłam okiem na najnowsze wiadomości w kraju i na świecie. Wywnioskowałam, że daleko mi do blogowej celebrytki, tak samo jak daleko naszemu państwu do zgody i wzajemnego zrozumienia. Kiedy w końcu zrobiłam to wszystko (i przeszła mi frustracja związana z wszelkimi newsami) postanowiłam otworzyć w końcu tego cholernego Worda.

zpfa-43-02

 

Nie da się pisać nie mając obok siebie kubka kawy. I nawet nie próbowałam opóźniać właściwej czynności – ja tylko profesjonalnie przygotowywałam się do długiej pracy twórczej.

Okazało się, że w lodówce nie ma mleka (kawa – tylko z mlekiem). Prawie nigdy nie pozwalam sobie na podobne niedopatrzenia – właśnie dlatego aby zapobiec takim niewygodnym sytuacjom. Mleko jest zawsze i mleko być musi – a nuż (widelec) najdzie mnie właśnie poetycko – pisarskie natchnienie. I jak radzić sobie bez kawy (z mlekiem)?

Przez kolejne pięć minut wyglądałam przez okno aby właściwie ocenić stan pogodowo – sklepowy. Maleńki sklepik na przeciwko kamienicy był zamknięty, więc została mi Żabka dwie ulice dalej (daleko) albo osiedlowe społem na rogu (blisko). Za wczasu (Żabki są dłużej otwarte… Nie, tego wpisu nie sponsoruje sieć sklepów Żabka) wybrałam sieciówkę. Może i jest dalej, może i jest droższa ale przynajmniej mam pewność kupna mleka.

W sklepie walczyłam ze sobą czy by nie kupić papierosów.

Prawie rzuciłam palenie (prawie, bo jeden papieros zapalony ze wstrętem na tydzień to nie jest palenie) i nie jest to zbyt korzystne względem moich rytuałów. Okazuje się, że bardzo ciężko jest żyć nie mając szans na przerwy na papierosa (na marginesie – nie palę półtorej tygodnia, a moje życie towarzyskie znacznie zubożało). Nie kupiłam. Wykonałam dwa telefony żeby się pochwalić znajomym osobom tak heroicznym wyczynem. Oczywiście rozmowy telefoniczne się przeciągnęły znacznie dłużej.

zpfa-43-03

W życiu trzeba umieć zaszaleć – jak ci właściciele balkonu w mojej kamienicy, który niezwykle wyraziście odznacza się w grudniowe wieczory…

Kiedy już w towarzystwie kawy zasiadłam do laptopa rozległy się cudownie frustrujące dźwięki starego dobrego techno jakie raz na jakiś czas zapuszcza mój sąsiad młody koneser szarych spodni dresowych z Widzewa. Jak mam zebrać myśli kiedy płyn w kubku stojącym na biurku wchodzi w rezonans od basów? Nie da się.

Czas niestety leci nieubłaganie.

Mamy zasadę, że wszystkie projekty wysyłamy profesorom do godziny 20:00 w niedzielę. Nastawiłam sobie budzik na 19:00 aby podejść do sprawy wystarczająco masochistycznie i za wszelką cenę podnieść sobie poziom adrenaliny w organizmie (po co więc kawa – można by zapytać…). No dobrze.

Po odłączeniu modemu (koniec z internetami), zamknięciu telefonu w łazience (tam też są media społecznościowe. W telefonie, nie w łazience. Chociaż…) i zatkania sobie uszu (techno) napisałam wszystko w kwadrans. Była godzina 16:00 – za wcześnie żeby tekst wysłać. A może jeszcze coś zmienię, czy poprawię?

Metodycznie – postanowiłam najpierw przetestować swój pomysł na koleżankach, które zawitały w mieszkaniu po 17:00 (w celu wytworzenia 200 sztuk piernikowych, bezglutenowych kotów). Udało mi się to wreszcie zrobić tuż przed 18:00 zasiadając na środku kuchni i rozpoczynając czytanie.

pierniki

Zdjęcie pożyczam z https://www.instagram.com/katwisx/, jako że miejsce procesu to nasza wspólna kuchnia.

 – Ty mogłabyś pisać książki – usłyszałam w zamian, co zadowoliło moją naturę (dzień dobry, nazywam się Twoje EGO. Właśnie rosnę w siłę) i sprawiło, że wszelkie wcześniejsze twórcze katusze zostały zapomniane. Już oczami wyobraźni widziałam siebie odbierającą Nike i Nobla w dziedzinie literatury (jednocześnie) oraz grube tomy podpisane mym nazwiskiem na półkach w księgarni.
(Jakiego Nobla! – usłyszałam w swojej głowie oburzony głos opierdalający. Oscara, do jasnej cholery).

 – A może coś dopiszę? – zaczęłam się głośno zastanawiać. Cierpienia związane z idealnymi pomysłami są znane nam wszystkim od pierwszych dni w szkole. – Może to jednak kupa?

 – Kupa, nie kupa – zawyrokowała jedna z dziewcząt koleżanek – Trzeba rzucać w nich kupą. Jajkami, które się rozbiją i workami pełnymi siana. Przecież wiesz.
Niby tak – nie ma idealnych pomysłów. Schowałam rosnące w siłę EGO (było już wielkości lodówki) do kieszeni (wiem, że lodówki nie da się schować do kieszeni, ale można próbować).

Zaczęła we mnie kiełkować jakaś dziwna ciekawość co się stanie kiedy owa kupa wzbije się w powietrze. Czy spadnie? Gdzie? Jak bardzo się rozpryśnie?

 – No dobra, wysyłam – zapowiedziałam w końcu otwierając pocztę. Spojrzałam na poziom baterii (80%) żeby przypadkiem nic się nie urwało kiedy podejmowałabym próbę wysyłania małego (acz znaczącego) pdf’a.
(Musiałam tylko przyłączyć ponownie modem internetowy, bo przecież w szale twórczego natchnienia odłączyłam sieć). (A później podjąć próbę eksportu docx’a do pdf’a. Nie jest to takie oczywiste.).

Poczta się załadowała. Na samej górze znajdował się mail od profesora G. o tym, że zajęcia 19 grudnia zostają odwołane, a na nasze pomysły / scenariusze czeka w okolicach pierwszych dni stycznia 2017.

 – Masz już gotowy pomysł – zostałam natychmiast pocieszona.
– A może to jest znak, żeby go jednak nie wysyłać?

Dzień dobry. Jesteśmy twoimi katuszami, właśnie stoimy u drzwi z bezglutenowym ciastem i gorącą herbatką. Zapraszamy do wspólnej zabawy.


Powiem wam, że pisząc powyższą epopeję stwierdziłam jedno. Nie martwcie się świętami – są stresujące – owszem. Będzie dużo przygotowań, dużo odmiennych zdań i próby odłożenia czegoś na później. A kiedy w końcu stwierdzicie że jesteście gotowi na rzucenie kupą i uzbrojeni po zęby to święta się skończą.

Będzie fajnie!

Życzę wesołych świąt i pysznego jedzenia. Oby wszystkie katusze jak i rodzinne awantury na tle nie tylko politycznym – tak jak moje wysyłanie scenariusza, zostały odłożone na bliżej nieokreślony czas w przyszłym roku.

 


 

* tak, ten wpis jest poważną konfabulacją. Nie zamykam telefonu w łazience i nigdy nie dopuszczam do sytuacji braku mleka w lodówce. Realizm jest przereklamowany.

4 thoughts on “z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 43

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s