Z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 44

Nie robię postanowień noworocznych, ale w tym roku na swoje liście napisałam: znaleźć sens życia.

Ponoć cykl ZPFA jest niezwykle depresyjny. Słyszę tak czasem między wierszami i słowami od różnych czytelników. Nie narzekam, bo cieszę się że są czytelnicy. A wątpliwości jakie mam ja są chyba dość uniwersalnymi wątpliwościami.

 – Masz bloga i powinnaś bez przerwy pisać o swoich zajebistych filmach i swojej zajebistości – usłyszałam niedawno.
– Rzecz w tym, że nie jestem zajebista.
– No właśnie jesteś głupia.

Aby odnaleźć sens życia postanowiłam o niego otwarcie pytać. Na pierwszy ogień poszedł mój własny rodzony ojciec (jak zawsze). W końcu podtrzymuję tradycję długich filozoficznych maili (na które nie zawsze mi odpisuje) pełnych spostrzeżeń w kwestii ludzkich umysłów, zachowań, odruchów, przeczytanych książek i zajęć z filozofii. Zaczęłam go pytać jaki jest cel tego, że sobie tak popierdalamy nieustannie i rzeźbimy w różnych tworzywach.

 

Są na przykład ludzie którzy w ten sposób chcą się bogacić. Popierdalają żeby zarabiać więcej i robić więcej, a później żeby zarabiać więcej i robić ewentualnie ciekawsze rzeczy (albo następnie odpoczywać tygodniami – i później robić więcej). Pewnie nigdy nie dotrą do uczucia nasycenia i spełnienia. Ja jednak – choć nie ogłaszam prywatnego bankructwa tylko z przyzwyczajenia, to mimo wszystko nie jestem w stanie zmusić siebie do myślenia, że jakiekolwiek zarabianie (jakiejkolwiek waluty) miałoby być moim celem życia. Posiadanie pieniędzy aby odpoczywać – też nie, bo odpoczywanie postrzegam jako nicnierobienie i kompletną stagnację. A ja (choć nawet podczas tortur powiem inaczej) – to stagnacji naprawdę nie znoszę.

Sensem życia jest rozwój – słyszę raz na jakiś czas. Rozwój i doświadczanie. Ale to jest trochę jak biegnięcie do mety kiedy nie tylko nie widać mety, ale i przestaje się wierzyć że ona kiedykolwiek będzie.

I czasami budzę się rano i stwierdzam, że coraz częściej nie chce mi się już biec. Nie chce mi się dla siebie i samego biegania. Bo wystarczy, że dowiem się że biegnę w jakimś celu i dla kogoś – to już pierwsza wstanę o 5:55 i z radością dokonam wszystkiego co trzeba (a nawet i więcej). Ale kiedy okazuje się, że to wszystko jest dla siebie – to już jakoś entuzjazm opada.
W końcu tyle lat ćwiczyłam żeby wypracować w sobie odruch niczego nie potrzebuję i „nic, nic, nic…” że chyba przesadziłam, przedawkowałam i poskutkowało to jakąś jałowością. Może powinnam stosować sobie dożylnie adrenalinę albo inną fajną używkę co rozszerza źrenice i spojrzenie na świat (źrenice mam wystarczająco – naturalnie i wręcz genetycznie rozszerzone więc to chyba pół sukcesu).

Moja babcia powiedziałaby mi, że sensem życia jest urodzenie dzieci, wychowanie i wysłanie ich na studia po których dostaną dobrą pracę, urodzą wnuki i wychowają je… Ale kiedy przychodzi do rozmnażania się to zastanawia mnie czy jest sens sprowadzać na świat jakieś życie, które będzie patrzyło swoimi małymi oczkami na okrucieństwo, wdychało smog i jadło pełne konserwantów czy ołowiu jedzenie. Owszem – możliwość wychowania i kształtowania człowieka to zapewne piękny i podniosły akt którego bym mimo wszystko chciała kiedyś doświadczyć w życiu. Ale co kiedy taki mały człowiek zacznie zadawać pytania, na które ja sama nie jestem w stanie znaleźć odpowiedzi – choć mogłabym już robić doktorat z ich szukania.

Opętania różne… #movie #polishmovie #film #instafilm

A post shared by Anka Pawluczuk (@filmowykot) on

 

Znowu dopada cię lenistwo – zawyrokował więc mój ojciec spacerując wokół stołu w salonie i ciągnąc za sobą kocią zabawkę (to jest metoda na odchudzenie kota, który biega za owym człowiekiem z zabawką) – Chociaż będąc w twoim wieku też tak myślałem o dzieciach.

Nie no, jasne – od małego powtarza mi, że ludzie nie dostają życiowych misji z którymi mieliby sobie nie poradzić. Tylko ja nadal swojej nie znam.

Czasami słyszę, że kiedyś studenci szkoły filmowej pragnęli robić filmy. Mieli cały czas wrzenie krwi w żyłach i parcie do opowiadania i tworzenia. A my niby jesteśmy jak taka kupka nieszczęścia.

Ach oczywiście, jakie to jest obrazoburcze kiedy przyszłość polskiej kinematografii* nagle mówi (pisze) otwarcie (na blogu) o utracie celowość swoich działań (w… wątrobach im się poprzewracało). Lepiej żeby żadne Ministerstwo się o tym nie dowiedziało – bo studia są drogie, a my (ja) w takim razie zaprzepaszczamy (zaprzepaszczam) te masy pieniędzy (zajmuję miejsce i marnuję powietrze). Filmy niby zmieniają rzeczywistość, pokazują inne światy, emocje i pozwalają przeżywać… Niby zmieniają świat (światy) i niby my mamy to robić. Ale cały czas zastanawiam – czy wprawianie ludzi w te emocje, opowiadanie im historii i dostarczanie innych emocjonalnych rozrywek – czy to ich jakoś nie krzywdzi? I tak naprawdę po co się to robi? Czy to wszystko nie odciąga ich i nas od jakiegoś prawdziwego życia? Takiego, wiecie – PRAWDZIWEGO.

Rozrywka – rozrywką. Owszem – czasami trzeba dostarczać ludziom jakiegoś wentyla bezpieczeństwa i zapełniacza piątkowego czy sobotniego wieczoru. Nie ma w tym nic złego, bo gdyby nie te zapełniacze i wypełniacze to prawdopodobnie ludzkość by już dawno oszalała. Ale z drugiej strony – ludzkość już naprawdę szaleje więc może to nie wystarczy, nie działa i nie ma żadnego skutku i sensu?

Refleksja nad wyjściem na spacer. Chciałoby się ale zimno… #winter #cats #catsofinstagram #snow

A post shared by Anka Pawluczuk (@filmowykot) on

 

O ile jeszcze ma się dobre intencje. To tak jak podczas gotowania zupy (zupa przynajmniej dostarcza kalorii)- wystarczy być wściekłym, przeklinać pod nosem czy bluźnić na prawo i lewo, a zupa nie tylko nie wyjdzie (albo wręcz wyjdzie – wykipi z garnuszka) to może jeszcze przyprawić kogoś o ból brzucha. Ale bądźmy szczerzy – nie wszyscy gotując zupy są w stanie zapanować nad swoimi emocjami. Czasami nawet jeśli chcemy tryskać złotem i humorem to jednak przemyci się trochę złości. I co wtedy? Powinnam wylać zawartość całego garnka do sedesu?

I tak chcą żebyśmy tworzyli te obrazy, opowieści i inne takie – zwane filmami. I pomijam, że kompletnie tego nie umiemy robić i obijamy się jak takie małe, ślepe i nowonarodzone kotki o ścianki kartonu – to jednak czy jest sens brać na siebie tak ogromną odpowiedzialność gotowania zupy? Czy zanim weźmiemy się za tworzenie światów w filmach nie powinniśmy umieć stworzyć swojego własnego świata?

No dobra, może jednak wytnę to postanowienie noworoczne ze swojej listy i skupię się bardziej na w tym roku przejdę na ortodoksyjny weganizm.

Nie – odpowiedział – Powszechnym błędem jest myślenie ludności, że w tym życiu niezbędnymi są cierpienia za grzechy przeszłych żywotów. Jeżeli wytapiasz metal w piecu, czy robisz to dlatego, że metal zgrzeszył i musi być ukarany, czy robisz to po to żeby polepszyć właściwości metalu?
T. Lobsang Rampa – Jaskinia starożytnych


* ha ha ha ha ha.

3 thoughts on “Z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 44

  1. Ewa pisze:

    Dobrze, że porzuciłaś to postanowienie noworoczne. Szukanie sensu życia to proces, a nie kwestia postanowień. Niemniej powodzenia Ci życzę. A nuż znajdzie się przypadkiem :).

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s