Z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 54

Zbyt dawno nie napisałam czegokolwiek. I chyba zapomniałam jak się pisze.

STYCZEŃ:

Kochany pamiętniczku,

zaprzyjaźniona Wiedźma, do której wpadłam na kawę w Nowym Roku powiedziała, żebym wreszcie spokojnie usiadła i odpoczęła, bo 2018 będzie rokiem zdecydowanie luźniejszym. Wzruszyłam ramionami – z przyszłością o jakiej wie Wiedźma nie będę dyskutować. Chociaż często mówię jej, że nie wierzę w żadne jej słowa – w jej, albo jakiekolwiek i czyjekolwiek inne. Najwyżej w swoje i to nie zawsze.
Zresztą wbrew wszelkim pozorom na kawę do Wiedźmy nie chodzę po to żeby słuchać o tym co ma być, albo o tym co może być. W jej kuchni pojawił się nowy ekspres do kawy – i tak lubię z kubkiem w ręku, i w jej towarzystwie odpalać jednego papierosa od drugiego stojąc jak zawsze przy zlewie.


Kochany pamiętniczku,

Wątpię, że 2018 będzie spokojniejszy. Wedle statystyki tendencja jest tylko wzrostowa.

img_0869

Rozlewisko rzeki Narew pierwszego dnia 2018 roku.


Kochany pamiętniczku,

przy rodzinnym spotkaniu bardzo daleki kuzyn na dzień dobry (zanim zaczął posiłek) zaatakował mnie pytaniem Kiedy ślub?
Odpowiedziałam mu: kiedy pogrzeb?
Mój? 
zapytał
A co, mój?

Nikt z rodziny nie porusza już tematu moich 27 lat i ciągłego (staro) panieństwa. Chociaż widzę jak strzygą uszami próbując wyłapać jakiekolwiek oznaki które mogłyby zwiastować zmianę mojego stanu cywilnego. Podejrzewam, że nie chodzi im o mój dobrostan, tylko wszyscy mają ochotę na imprezę bo dawno nie było w rodzinie wesela. Jakby nie patrzeć jestem następna w kolejce (wedle wieku).


Kochany pamiętniczku,

narobiłam sobie tyle planów że nie tylko nie starczy mi nie tylko roku, życia, ale i pieniędzy. Będzie trzeba gdzieś zawrzeć jakiś kompromis.

Uwielbiam kompromisy. Świetnie pokazują gdzie i komu zależy.


Kochany pamiętniczku,

im jestem starsza tym bardziej dotyka mnie przeświadczenie o pewnej samotno-samodzielności. Nawet jak się wywrócę, to nikt mnie nie złapie i nie uratuje. Ta myśl okazała się być bardzo uwalniająca, ale i przerażająca jednocześnie.


Kochany pamiętniczku,

samotność i samodzielność dotknęła mnie boleśnie już pierwszego dnia ferii.

Jadąc do domu, na dworcu Warszawa Zachodnia i tuż po północy skręciłam nogę. W sumie nawet nie wiedziałam wtedy, że ją skręciłam – tylko ból ogłuszył mnie na tyle żeby zauważyć, że coś złego dzieje się w okolicach mojej prawej kostki. Poznając definicję stwierdzenia zemdleć z bólu, mimo wszystko myślałam dość trzeźwo. W sumie zimo i myśl: jesteś sama w nocy na dworcu i nikt cię nie uratuje otrzeźwiły mnie na tyle żebym mogła wtoczyć się do autobusu i mimo wszystko pojechać do domu. Kształtem kostki i stopy zmartwiłam się dopiero następnego dnia rano.

img_1051

Mimo (już) skręconej nóżki zrobiłam zdjęcia stwierdzając, że dworzec zachodni w swojej opustoszałości, grozie i tandetności ma coś pięknego.


Kochany pamiętniczku,

Mimo całej tragedii skręconej nóżki i tego że właśnie jechałam aby na dwa tygodnie zająć się domem okazało się, że moja kontuzja stworzyła ciekawą więź porozumienia z Młodym (rodzony brat, lat 14). Młody nauczył się włączania pralki i regularnie zmywał naczynia. W zamian za to zapoznawałam go z sushi i wegańskimi burgerami, przemalowaliśmy jego pokój (tak, stałam na drabinie ze skręconą nogą) i próbowałam wbić mu do głowy że przerwę możesz zrobić sobie dopiero wtedy kiedy dokończysz swoją pracę.

Po dziś dzień Młody twierdzi, że jestem terrorystką. Mój ojciec uważa, że to bardziej manipulacja.

img_1074

Kiedy miałam jakieś 10 lat odkryłam, że malowanie ścian jest najbardziej relaksującym zajęciem na świecie. Wtedy przemalowałam nasz domek w ogrodzie (który w dużej mierze był moim królestwem) i zamalowałam każdą ścianę w swoim pokoju (oczywiście plakatówkami). Aby zapobiec zniszczeniom w domu dostałam przyzwolenie na nieograniczone przemalowywanie domku w ogrodzie (jak również przyzwolenie na ciągłe przestawianie mebli, przekładanie rzeczy i sprzątanie. Razem z moją podwórkową paczką robiliśmy tam jabłkowe sałatki z cukrem, kradliśmy zielony groszek z ogrodu i chłodziliśmy porzeczki w zimnej wodzie…). Wszyscy stwierdzali, że moja obsesja zmieniania wyglądu pomieszczeń przejdzie mi wraz z z wiekiem. Owszem – trochę osłabła, ale ponad 15 lat później nadal uwielbiam przemalowywać ściany, przestawiać meble i sprzątać. A każdy kolejny atak wyżej wymienionych potrzeb zaczyna się od krótkiego zdania: „Zróbmy może coś ciekawego”.


LUTY:

Kochany pamiętniczku,

nie lubię schodów i kuśtykam. Nie mogę zbyt wiele chodzić i moje chore kopytko cały czas daje po sobie znać. Rzecz w tym, że mieszkam w kamienicy na trzecim piętrze.

Ten kto wynalazł windę jest geniuszem.


Kochany pamiętniczku,

na przełomie 2015 i 2016 roku wymyśliłam że chcę zrobić film dokumentalny o procesie adopcyjnym. W sumie wszyscy co mnie znają to wiedzą, bo już tysiące razy opowiadałam historię swojego pomysłu. Odbyłam wtedy miliony spotkań i pukałam do różnych drzwi, ale odbijałam się tylko od ściany jako że adoptowanie dziecka w Polsce to wielkie tabu. Dałam sobie czas do końca 2017 roku aby podjąć decyzję i skumulować w sobie energię do zabrania się za ten pomysł ponownie (dyplom dokumentalny na horyzoncie).

Po przeprowadzeniu kalkulacji i spisania całego rachunku – stwierdziłam, że nie mam siły. Nie jestem w stanie unieść tego na swoim karku (mój kark i krzywy kręgosłup to oddzielna historia), a przy obecnym stanie partnerskim i rozpadającej się filmowej rodzinie nie podejmę się tego zadania. Nie dam rady, jestem tchórzem, trudno.

Wtedy dom dziecka sam zgłosił się do Szkoły Filmowej. Wiadomość o tym, że to właśnie oni chcą aby został zrobiony o nich film sprawiła, że podziękowałam głośno Boziulce, że czuwa i zapobiega moim złym decyzjom.

Nie wiedząc czego mogę się spodziewać poszłam na pierwsze spotkanie – okazało się, że mail trafił do Szkoły Filmowej o kilka tygodni za późno. Dom dziecka bardzo chciał aby ktoś sfilmował w grudniu niesamowicie wzruszającą historię – historię spotkania dziecka ze swoimi nowymi rodzicami, adopcję małego Marcina z zespołem downa przez wielką rodzinę z USA.

Szukasz przez dwa lata adopcji, a tu sama do Ciebie przychodzi. Nawet jeśli to jest przyjście ze spóźnieniem. Przypadek?


Kochany pamiętniczku,

czasami zdarza mi się martwić. Okazuje się, że martwienie się to taka czynność, którą wykonuję równolegle z paleniem papierosów na balkonie. Martwię się o terminy, pieniądze, filmy, przyszłość, filmy, proces adopcyjny, filmy, szkołę i chorą nóżkę.

Koleżanka mojej mamy twierdzi, że skoro skręciłam nogę to prawdopodobnie będę musiała się do końca życia pożegnać z butami na obcasie i rolkami.

Martwię się o to.

img_1028

Park Źródliska, Łódź. Edycja: Zima 2018


Kochany pamiętniczku,

Jestem przerażona. Nieczęsto mówię o tym głośno bo przecież poradzę sobie i jestem dużą dziewczynką. Ale naprawdę jestem.


Kochany pamiętniczku,

czuję jakbym pracowała na trzech etatach. Jestem chora, za oknem jest -20, a ja klepię w klawiaturę. Nie chodzę zbyt wiele, więc czuję jak z każdą minutą mój organizm magazynuje i odkłada tłuszcz.

Jestem 26 letnim prosiakiem. Jaka przede mną przyszłość?


Kochany pamiętniczku,

w domu dziecka jest na horyzoncie kolejna adopcja zagraniczna. Nikt nic nie wie, ale wszyscy każą mi czekać. Czekanie generuje martwienie się.


MARZEC:

Kochany pamiętniczku,

mam tyle pracy (piszę teksty za psie pieniądze), że mózg mi paruje. Poza tekstami za pieniądze przestałam pisać dla przyjemności.

To chyba dorosłość. Ale przynajmniej płacę rachunki.


Kochany pamiętniczku,

jest taki moment w produkcji filmowej kiedy musisz zawalczyć po raz ostatni o film – wrócić do niego, chociaż wszyscy już zamknęli ten rozdział. Przemontować, przerobić i odłożyć martwienie sięMartwienie się mimo wszystko jednak wraca, szczególnie palące poczucie tego, że jest się niewystarczającym. Niewystarczająco ładna, niewystarczająco pracowita i niewystarczająco ambitna. Niewystarczająco dbam o innych i robię niewystarczające filmy.

Niewystarczająco to taka choroba – jak raz się na nią zachoruje, to bardzo ciężko jest się z niej wyleczyć.

img_1333

Nadal Łódź.


KWIECIEŃ:

Kochany pamiętniczku,

po raz drugi z rzędu mój film będzie miał pokaz na Krakowskim Festiwalu Filmowym. Czary mary mama chociaż dostało 3,5 na egzaminie to jedzie na festiwal. To chyba dobrze.

Przestaję się martwić na dwa dni.


Kochany pamiętniczku,

koledzy mojego rodzonego brata podśmiechują się nieustannie, że Młody nie ma najnowszego ajfona (podśmiechują się również z innych równie głupich rzeczy). Załamuję ręce i nie wiem co zrobić.

Pewnego dnia kiedy myłam okna w domu rodzinnym (moja chora nóżka jest już zdrowa więc mogę), koledzy zaczęli podśmiechiwać się ze sprzątania i z tego, że Młody również ma domowe obowiązki. Cała trójka komentuje nasz dom i wiek jego laptopa.

Chodząc ze szmatą nieopodal pytam czy potrafią myć okna. Odpowiadają, że nie. Rzucam im więc szmatę i mówię, że skoro nie – to teraz się nauczą. Bo wartością człowieka jest bardziej umiejętność mycia okien niż posiadanie nowego ajfona.

Umyli okna. Ja piłam kawę w fotelu. Ci którzy byli autorami najbardziej złośliwych uwag musieli dwa razy poprawiać, bo pokazywałam im palcem że zrobili smugi.

Mój ojciec przyznał rację Młodemu, że jestem terrorystką. Upierdliwą terrorystką.


Kochany pamiętniczku,

robimy pierwszą dokumentację do mojej dyplomowej fabuły. Nawet się nie martwię – jestem odrętwiała ze strachu.

Czy to oznacza, że już kończę szkołę? Że teraz mam być dorosła odpowiedzialna?

img_1405

Rozlewisko rzeki Narew, Kwiecień 2018


Kochany pamiętniczku,

Raz dwa zero ma premierę na vod.pl i dostaje się na kolejne dwa festiwale. Jeden z nich (którego nazwy nie mogę wymienić bo informacja na dzień dzisiejszy nie jest jeszcze oficjalna) ponoć jest duży i ważny. Nie zdawałam sobie z tego sprawy, bo byłam zajęta spotkaniami związanymi z filmem o procesie adopcyjnym. Uwielbiam historie punktów zwrotnych kiedy mój film dostaje się na festiwal i ta chyba będzie moją ulubioną.

To było w kwietniowy, ciepły dzień w Warszawie kiedy jadąc autobusem z galerii Blue City do centrum, zaraz po przekierowaniu maila od festiwalu, odebrałam telefon od operatora Raz dwa zero. Ja w zatłoczonym autobusie – on na planie. Ja próbuję podpiąć słuchawki pod iphona – on krzyczy przez telefon. Ja nie wiem o co mu chodzi – on z ekscytacji (i zajętości) nie może stworzyć poprawnego stylistycznie zdania.

Ta sytuacja to w sumie dobra metafora naszej (już kilkuletniej) relacji. Powiedział, że tym razem nie spełniłam jego marzenia bo nawet jeszcze nie miał odwagi mieć tego marzenia.

Przestaję się martwić na jeden dzień. Później martwię się podwójnie i nawet z tego zmartwienia udaje mi się wybuchnąć płaczem na tarasie rodzinnego domu (jak wtedy kiedy kręciliśmy Raz dwa zero). Jestem klinicznym przypadkiem człowieka, którego dobre informacje bardziej stresują niż cieszą.

img_1651

Warszawa, metro Młociny (?)


Kochany pamiętniczku,

właśnie powstaje projekt ustawy zakazującej adopcji zagranicznych. Martwię się chociaż mój kierownik produkcji stwierdził, że jeśli zrobimy film o ostatniej adopcji zagranicznej w Polsce to najlepiej.

Nie wiem, bo martwię się.


MAJ:

Kochany pamiętniczku,

Kiedy już urodzę to dziecko, a mały skurczybyk nie będzie wystarczająco zdolny i nie sprawi, że mama będzie z niego dumna… to go wydziedziczę do jasnej cholery – powiedziałam montażystce o naszym filmie po pierwszym dniu z kamerą w domu dziecka.

To świetnie podsumowuje mój stan psychiczny w związku z tym filmem dokumentalnym.

Wracam pamięcią do pierwszego roku i pierwszej etiudy dokumentalnej przy której dużo rzeczy było trudnych, ale o kilka stopni łatwiejszych.
A może to tylko zmiana perspektywy. Teraz wydają się łatwe, wtedy w mojej głowie pewnie wcale nie były.
Pamiętacie Bojownika? Nadal ze wszystkich filmów lubię go najbardziej.


Kochany pamiętniczku,

dzielę się ze współlokatorką przeróżnymi niepokojami i nawałem zadań jakie na siebie wzięłam. W końcu odpowiada mi: zawsze powtarzasz „wszystko się jakoś poukłada”. Więc Pawluczuk – naprawdę wszystko się jakoś poukłada.

Ma rację.

img_1683


Kochany pamiętniczku,

zostałam nazwana rozhisteryzowanym egotykiem.
Ale to nic bo dobrze się z tym ukrywam usłyszałam po chwili.

Zwracam na to uwagę, potwierdzając fakt bycia (rozhisteryzowanym) egotykiem.


Kochany pamiętniczku,

ciężko jest mieć pretensje do latarni morskiej za to, że stoi i świeci. Gdyby nie ona, nikt by nie dopłynął do brzegu.


Kochany pamiętniczku,

prawie każdy z kręgu z moich znajomych twierdzi, że daję się wykorzystywać.
To tak jakby ludzie dookoła mnie podzielili się na wiele przeciwnych obozów, a każdy z nich twierdził, że przeciwna drużyna gra nie fair. Zawsze wtedy mówię, że nie lubię być stawiana w roli matki, która ma powiedzieć które dziecko kocha bardziej.

A kiedy mam już wszystkiego dość to dzwonię do ojca. On zawsze mówi, że to kto co mówi obchodzi go najmniej na świecie. Sam jest uważany za szaleńca i odszczepieńca, a inni chętnie obrzucają go błotem za postawy życiowe i decyzje (cytat: w dupie mu się poprzewracało na stare lata). Mi samej ciężko jest ciągle go bronić w oczach innych i jednocześnie uchronić swoje własne mosty przed spaleniem. To bardzo męczący sport.

Uważasz, że to prawda? pyta mnie wtedy. Najczęściej odpowiadam nie, a moje nie zdaje się kończyć rozmowę. Ma rację – bo w tym całym pierdolniku i masie obcych opinii oraz zarzutów zostaje nam tylko słuchanie własnego serduszka.

Przez ostatnie pół roku zrobiłam masę rzeczy, które tylko zaostrzyły podziały na skrajne obozy. Każdy zdawał się wiedzieć lepiej, a ja tak naprawdę nie mogłam zrobić inaczej. Może w mojej życiowej karmie jest zapisane funkcjonowanie między młotem, a kowadłem, tak jak od lat funkcjonuję między rodzoną matką, a rodzonym ojcem.

Zaprzyjaźniona Wiedźma zawsze mówiła, że w życiu poznajemy wielu fałszywych przyjaciół i prawdziwych wrogów, a ja bardzo się złościłam słysząc to zdanie. Ale jest w nim ziarenko prawdy. Może naszym największym wyzwaniem jest iść wśród nich wszystkich nie tracąc przeświadczenia, że najlepszego przyjaciela zawsze ma się tylko w sobie. Może to jest właśnie dorosłość?

I jak mówił pan Andrzej z mieszkania na przeciwko ludzie są ważniejsi niż materiał*

img_1611

Cieszyn 2018, kawiarnia przyjaciół Kornela Filipowicza.


*Pan Andrzej to bohater 35 odcinka Z pamiętnika filmowca amatora.

Jedna myśl w temacie “Z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 54

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s