Z pamiętnika filmowca amatora, odcinek 57

Jak pływać, żeby nie utonąć? było pierwszą propozycją tytułu tego filmu. Bo w sumie – to ważne i życiowe zagadnienie. Okazało się też że ten tytuł pozostał z nami do końca.

Styczeń 2018 (10/01/2018)

Pierwszy semestr zajęć z reżyserii filmu dokumentalnego na czwartym roku (teoretycznie) zaliczamy przynosząc propozycję i temat swojego kolejnego filmu. Sprawa jest poważna, bo film jest filmem przedostatnim (i ostatnim dokumentalnym) jaki robimy pod logiem Szkoły Filmowej w Łodzi. Niektórzy nazywają go dyplomowym dokumentem.

Na oku mam temat, który chodzi za mną (a ja za nim) od drugiego roku studiów. Proces adopcyjny. Czuję jednak w kościach, że nie zdążę z realizacją do marca 2019. Co więc zrobić?

Proces szukania tematu jest zawsze taki sam. W domu rodzinnym wszczynam kontrolowaną awanturę. Krzyczę, marudzę, kłócę się i wprowadzam terror. Moja matka zastanawia się dlaczego urodziła tak okropnego człowieka, ojciec mówi tylko wychodzę, a ja wyzywam ich od najgorszych. Później zaczynam chodzić po domu, palę dużo papierosów i dalej marudzę. Mama podsuwa mi tematy i próbuje pomóc, a ja swoim nie znoszącym sprzeciwu głosem odpowiadam mamo, to będzie gówno nie film. Zdarza się, że na tym etapie przystaję jej propozycjom (przypadek Raz dwa zero) lub nie…

W końcu, po kilku dniach terroru przychodzi mi coś do głowy, wykonuję trzy telefony i mam umówione spotkanie z potencjalnym bohaterem dokumentalnym. Jest mi głupio, że jestem taką terrorystką. Pakuję się i jadę na spotkanie.

Wszystko zaczyna się od myśli chciałabym znaleźć bohatera, który dąży do czegoś na konkretnej przestrzeni czasu i przejść z nim ten proces. Nie wiem jakie synapsy musiały się posklejać żeby pomyśleć o zawodach w pływaniu na byle czym „Co ma pływać nie utonie” jakie od wielu lat mają miejsce w Augustowie. Co gdyby z jednym z bohaterów przejść przez całe przygotowania i zrobić z nich tło jakiejś opowieści?

Wojciech Staroń zawsze zachęcał do szukania bohaterów, którzy robią coś po raz pierwszy lub po raz ostatni. Chciałam tego pierwszego, a okazało się to drugie…

Dokładnie 10 stycznia 2018 roku zjawiam się w progu domu Arnolda. Po 5 godzinach rozmów wracam do domu i wiem, że zrobię o nim film.

To zdjęcie zrobiłam dokładnie 10 stycznia 2018 roku.

Maj 2018 (19/5/2018)

Jednym z tych bardziej przerażających momentów w mojej dokumentalnej karierze jest moment, w którym bohater dokumentalny poznaje operatora filmu, a operator filmu poznaje bohatera. Przyprawia mnie to o okrutny stres, który przypomina nerwy związane z przedstawieniem rodzicom swojej drugiej połówki. Zawsze.

Droga do Czarnej Białostockiej z Łodzi zajmuje kawałek. Przeważnie dzieli się na kilka etapów – ja ze sprzętem na garbie lub w walizce docieram do Warszawy. Tam – w różnych miejscach i okolicznościach przyrody pakujemy się w stronę Białegostoku. Białystok oznacza odwieczny przystanek na jedzenie i przysmaki przygotowane przez moją rodzoną matkę. Dom czasem służy noclegiem, a czasem tylko kawą, słodkościami i drobnym przepakowaniem się. Dalej już tylko praca.

Jak zawsze moje obawy są niczym nie uzasadnione. Po pięciu minutach Arnold zaskarbia sobie w autorze zdjęć przyjaciela do degustacji ducha puszczy. Cieszy się, bo przez te wszystkie spotkania ja tylko oszukiwałam, że piję.

Zielony Maj 2018 🙂

Dokumentacja przebiega wesoło, choć w temacie zawodów – naszego głównego kręgosłupa historii niewiele się dzieje. Wracamy do Łodzi ze wstępnym materiałem o którym w międzyczasie opowiadam opiekunom artystycznym. Po drodze jeździmy po podlaskiej okolicy patrząc na wiosnę, odwiedzamy las, a ja jak zawsze próbuję składać myśli w porządną wypowiedź. Niby nic się nie dzieje, a ja jak zawsze trochę się boję.

Czerwiec 2018 (7-9/06/2018)

Między Krakowskim Festiwalem Filmowym, a załatwianiem wizy do Stanów Zjednoczonych pojawiam się w Białymstoku z wielką torbą i FS5. Opracowuję system – wielka walizka którą kupiłam na przecenie okazuje się być idealna do przewożenia sprzętu kamerowego i dźwiękowego. Trochę nie dam rady jej wnosić na czwarte piętro kamienicy, trochę boli mnie kręgosłup i czasami mówię nie dam rady.

Czerwiec 2018. Z tego dnia zdjęciowego do filmu nie weszła nawet sekunda materiału.

Wyskrobuję dwa dni z Arnoldem w samotności. Trochę rozmawiamy o życiu, trochę spędzamy ze sobą czas. Jest ciepło, a w szkole w której Arnold uczy modelarstwa zbliża się koniec roku szkolnego. Roześmiane dzieciaki puszczają na szkolnym boisku samoloty, a ja martwię się o ostrość i ekspozycję. Lubię te sceny i boli mnie, że nie weszły do finalnej wersji filmu.

Lipiec 2018 (14/07/2018)

Załatwiając wniosek produkcyjny nie czuję się najlepiej. Trochę jestem zmęczona i trochę za dużo śpię. 14 lipca nie docieram do Arnolda – jedzie tam sam Piotrek i wyłapuje mnóstwo świetnych scen, które później pojawiają się w filmie. Ja właśnie dowiaduję się o tym, że muszę zrobić badanie na markery nowotworowe. To punkt zwrotny, jakiego nie byłby w stanie zaplanować żaden scenarzysta.

(21-22/07/2018)

Do Sokółki jadę bez przekonania. Dzień wcześniej szukam mieszkania w Warszawie i planuję przeprowadzkę z Łodzi. Wieczorem odbieramy córkę Arnolda z lotniska i jedziemy na podlasie. Tym razem w Sokółce – przy zalewie zbierają się pasjonaci – modelarze, którzy chcą pościgać się ze sobą o puchar. Środowisko przyjmuje nas jak dawnych przyjaciół i ugaszcza w prlowskim pokoju. Czuję się jak na wakacjach na Mazurach w 1994 roku – mamy dużo jedzenia i małą lodówkę gdzie chłodzimy napoje. Jest ciepło, piękne słońce i rozgrzany pomost zalewu kusi i zaprasza. Przyjmuję sporo leków przeciwbólowych, ale już wiem że nie mam raka. Żartuję z tego cały czas, ale już zaczynam dojrzewać do tego że na samych żartach długo nie pociągnę.

Nie mam prawa podnieść nic ciężkiego, bo przyczyna całego zamieszania nadal tkwi w moim organizmie.

W nocy patrzymy sobie w gwiazdy leżąc na pomoście. To nie film, to wakacje.

Jedno z moich ulubionych zdjęć. Lipiec 2018

Przywieźliśmy masę materiału z tych dni. Do filmu nie weszła ani sekunda.

(25-26-27/07/2018)

25-tego rano Eryk przywozi mi sprzęt z Łodzi. Od tego momentu jest ogromną pomocą i wsparciem. Będzie przedstawiał się jako asystent produkcji, trzymał kamerę kiedy ja nie będę mogła i spędzi ze mną godziny w domu Arnolda. Razem niejednokrotnie będziemy wracać po nocy do Białegostoku obserwując wybiegające na szosę sarny. Wszystko brzmi jak początek długiej i wspaniałej współpracy.

Wszystko to brzmi jak początek długiej współpracy 🙂

Przeżywamy licytację komorniczą domu Arnolda i jego rodziny. Na szczęście do samej licytacji w sumie nie dochodzi – bo poza nami nikt się na niej nie zjawia. Blisko 30-letnia historia jest jednym z powodów dla których cała rodzina postanowiła kiedyś wziąć udział w zawodach pływania na byle czym. Po drodze psuje się jeszcze samochód, a jedna z córek Arnolda przytrzaskuje sobie palce drzwiami od auta. Okazuje się, że dynamiczna sytuacja jest naszym ulubionym sformułowaniem. Gdzieś pomiędzy bieganiem po mieście i żartami.

W domu Arnolda przygotowania do zawodów i budowanie łodzi. Kryzysy z silnikiem, upał i choroby dają się we wszystkim we znaki. My sami dowiadujemy się o sobie coraz więcej – oni niestrudzeni optymiści, a ja zbierająca się w całość po ostatnim życiowym punkcie zwrotnym. Okazuje się, że nawet jak się wali to najważniejsze jest to, że nadal mamy dwie ręce, dwie nogi i głowę. Śmiech, żarty i pozytywne podejście do spraw jeszcze nic nie kosztują. Tego będę się od nich uczyć.

Ta scena kiedyś była w filmie, ale później zniknęła… Trochę za dużo zdradzała! 🙂

Już wtedy wiem, że ten film będzie o ludziach, którzy dawno mogliby się poddać, ale mimo wszystko za bardzo kochają siebie i swoje życie.

Podczas niektórych scen nie mogę się powstrzymać i trzęsę się ze śmiechu. Kamera trzęsie się razem ze mną, Brutus (rodzinny pies) szczeka bez opamiętania, a cały dom wybucha eksplozją dziwnej radości. W sumie to fajnie jest być razem.

Fajnie jest być razem. Akurat ta scena jest w filmie!

Często martwię się o ostrość, ekspozycję i dźwięk. Zabieram więc Młodego (lat 15) żeby przyuczał się nagrywania dźwięku i trzymania tyczki. Jesteśmy bardzo pokraczną ekipą filmową. Trochę jak cały ten film.

(28-29/07/2018)

Zawody w Augustowie spędzamy w powiększonej ekipie i z dwoma kamerami, a ja mam ochotę amputować sobie niektóre organy.

Augustów wita nas komarami i wysoką temperaturą. Często nie śpimy i chociaż czuję, że moja energia jest już na wyczerpaniu to staram się wykrzesać z siebie ostatnie chwile. Mimo wszystko zbyt często przymykam oko. Zmęczenie i stres nie pozwala mi myśleć. Dopiero po czasie zauważam wszystkie błędy, które robię. Gryzę się za nie, jakby od tego zależała moja cała wartość jako człowieka. Teraz wiem, że bez sensu jest się gryźć.

BHP przewozu FS5

„Co ma pływać nie utonie” to wielka impreza organizowana przez Radio Białystok. Organizatorzy wspierają nas dodatkową łodzią z której będziemy realizować zdjęcia. Mamy pływadło, tłumy, wielki konkurs i rozdanie nagród. Okazuje się, że w szarym i smutnym świecie jest jeszcze masa ludzi, którzy chcą się bawić.

Pływanie na Byle Czym – wielki dzień

Jak wiele może wydarzyć się w tydzień?

Sierpień 2018

Na skutek zawirowań technicznych nadal nie jestem w stanie obejrzeć całego materiału. Wszystko w swoim czasie… Jak na razie gigabajty dojrzewają na dyskach, a ja martwię się innymi projektami.

Czasami dzwonię do Arnolda. Rozmawiamy wtedy 40 minut – tak o życiu.

Wrzesień – grudzień 2018

Oddaję materiał w złote ręce Natalii, a sama daję się porwać innym zajęciom. Natalia wysyła mi zmontowane sceny i godzinną układkę przy której zaśmiewam się do łez. Widzę wszystkie swoje nieostrości i trzęsącą się kamerę. Pamiętam przerwy na odpoczynek, masę krwiożerczych komarów i szalone sytuacje. Pamiętam stres, zmęczenie, bolący kręgosłup i godziny spędzone na podłodze w nieruchomej pozycji. Pamiętam masę śmiechu.

Film w kartkach

Styczeń – Luty 2019

Montaż ma swoje wzloty i upadki. Opiekunowie artystyczni kłócą się w zetkowej kawiarni, a ja już nic nie wiem. Nie wiem.
Czasami chciałabym żeby mi powiedział, poradził i był moja prawą ręką. Nie mam nikogo takiego i nie mam takiego ramienia.

Montując z Natalią śmiejemy się i robimy sobie przerwy muzyczne. Jemy dobre jedzenie, a ja zmywam i przynoszę kolejne wino. Rozmawiamy o życiu, a w sytuacjach kryzysu ja chodzę wkoło po pokoju i dobitnie tłumaczę sama sobie o czym jest ten film i po co go robię.

Nie wiem.

#TakMamoWysypiamSię – to mój ulubiony hasztag z pięcioletniego bytowania na reżyserii.

W głowie kiełkują mi inne projekty, wymykam się na inne spotkania i staram się myśleć o tym co dalej.

Jak pływać żeby nie utonąć? Natalia robi mi instaxem zdjęcie jak przeziębiona leżę na łóżku żeby utrwalić kolejne montażowe procesy. Niech mi ktoś powie, jak pływać…?

1/02/2019 – 3/02/2019

Opiekunowie artystyczni stwierdzają, że przydałyby się dokrętki. Zawsze jest tak samo – dokrętki to kolejne wnioski, rezerwowanie sprzętu i logistyka przewozu. Nie wiem jak znajduję w sobie siłę i determinację żeby po raz kolejny wprawić machinę w ruch. Kiedy wchodzę do Zetki z plecakiem, case’m z obiektywami i kamerą nawet rektor ustępuje mi miejsca w kawiarni. Jestem wielbłądem.

Pomagają mi wszyscy. Ktoś wykona telefon, ktoś zamówi taksówkę, a ktoś wniesie kamerę na piętro. Ja nadal teoretycznie mam zakaz dźwigania – czasami tylko pozwalam sobie na małe oszustwo. Bo moja natura jest niecierpliwa, nie lubi czekać i wyrywa się przed szereg.

Dokrętki są lustrzanym odbiciem dokumentacji. Jedziemy we trójkę, z młodą damą, która od początku towarzyszyła nam przy filmie. Wizyta u Arnolda odbywa się przy ciepłym kominku i mimo średniego stanu zdrowia cała rodzina stara się zachować dobry humor. Dokręcamy potrzebne ujęcia (które później wchodzą do filmu), robimy z Brutusa (rodzinnego psa) gwiazdę filmową i podrabiamy lato. Okazuje się, że można zrobić w lutym lipiec…

Luty 2019

Nowy materiał powoli trafia do filmu. Zaczynamy spotykać się z opiekunem artystycznym w montażowni. Nagle układamy film od nowa. Ja znowu trochę przysypiam. Coś mi jest źle, ale zrzucam wszystko na wrodzone lenistwo.

Okazuje się, że to nie jest lenistwo. To mój organizm znowu tworzy stan zapalny. Zanim trafiam do szpitala z bólem brzucha, jak typowa kobieta ignoruję go i sprzątam mieszkanie, robię pranie i zmieniam pościel. O 15:00 stwierdzam, że jak już nie mogę chodzić to chyba jest źle. Diagnoza brzmi zapalenie wyrostka robaczkowego.

Mam wrażenie, że to już drugi raz w karierze tego filmu Boziulka grozi mi palcem, żebym zaczęła bardziej zwracać uwagę na swój organizm.

Mój wyrostek oczywiście jest umiejscowiony nietypowo. Zabieg niby trwa szybko, ale wbrew pozorom całkowicie rozwala mi życie. Tydzień po operacji z typowym sobie uporem siedzę w pociągu w drodze na konsultacje do Łodzi. Chociaż jeszcze mam szwy, a pozszywany brzuch daje o sobie znać, ja znowu to samo – filmy. Ale tym razem ustalam sobie harmonogram odpoczynków i ustalam termin wakacji po egzaminie. Wszystko poczeka, raz na jakiś czas muszę przestać pracować.

Wszyscy którzy mnie spotykali na korytarzu w szkole mówili Jezu, ponoć jesteś po operacji – co ty tu robisz. Mój wyrostek robaczkowy znalazł sobie idealny moment i dostał swoje 5 minut sławy.

Marzec 2019 (19/03/2019)

Najbardziej przerażającym momentem egzaminu jest to kiedy trzeba wyjść na środek i zapowiedzieć film. Tym razem niektóre nazwiska wymawiam po raz ostatni – więcej już nie będzie takich egzaminów i takich okazji.

Arnoldzie, może nie wiesz – ale wspaniale było dojrzewać w twoim towarzystwie. Wspaniale było podejmować wszystkie decyzje i wybierać konkretną drogę. Wspaniale było bać się i utwierdzać w przekonaniu. Wspaniale było na twoim tle przeżyć ważne lekcje i uczyć się o swojej sile. Dziękuję.

Komisja profesorska wyceniła film na 4.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s