Paper Towns

Pamiętam dzień w którym po raz pierwszy otworzyłam powieść Johna Greena. Była to wiosna 2007 albo 2006 roku i Szukając Alaski. Egzemplarz, który koleżanka pożyczyła mojej przyjaciółce. Ona (ach pozdrowienia, jeśli to czytasz!) przyniosła mi go ze słowami przeczytaj. Przeczytałam, w kilka godzin, nie ruszając się z miejsca. Miałam wtedy jakieś nieodparte wrażenie, że po raz pierwszy mam do czynienia z czymś, co jest mi naprawdę bliskie. Czytałam o bohaterach którzy myślą podobnie i o emocjach które tak dobrze znam. W tym pierwszym spotkaniu było coś bardzo bliskiego i niezrozumiałego dla tej nastoletniej wersji mnie.
Później, lata później miałam jedno marzenie – zrobić film. Tak przyszedł pomysł Wielkiego Być Może filmu nieskończonego i zbyt pokręconego aby mógł się udać.
Ale to nic, ja i tak obiecuję że wrócę do tego tematu. A przynajmniej – do tej emocji.

 

Dlatego wyczekiwałam na każdą premierę ekranizacji powieści Greena. Było Gwiazd naszych wina o którym myślę teraz – troszkę tani wyciskacz łez, a teraz czas na Papierowe miasta.

Quentin Jacobsen (Nat Wolff, którego możemy kojarzyć z fajnej roli w Stuck in love albo z kilku scen w Gwiazd naszych wina) to typowo Greenowska postać płci męskiej – młody chłopak, który żyje nie żyjąc. Zaplanował sobie już resztkę swojej egzystencji – będą studia medyczne (specjalizacja z onkologii), ślub przed trzydziestką i dzieci. Margo Roth Spiegelman (Cara Delevinge) jego przyjaciółka z dzieciństwa również zdaje sobie sprawę, że powinna wpisać się w ten schemat przyszłego życia. Jednak za nic nie ma na to ochoty.
Po szalonej nocnej eskapadzie z Quentinem, Margo znika bez wieści. Do końca liceum pozostaje im zaledwie kilka tygodni i chociaż dziewczyna uciekała już wcześniej z domu to tym razem Q. nie jest w stanie przejść wobec tego obojętnie. Odkrywa, że Margo (jak zawsze) pozostawiła po sobie ślady i wskazówki oraz, że za ich pomocą może ją odnaleźć i w końcu (ach) powiedzieć jej jak bardzo jest mu bliska.

Papierowe miasta łączą w sobie high-schoolowy romans, opowiastkę z detektywistycznymi wątkami i film drogi – a co najważniejsze, w lekki i inteligentny sposób opowiadają o nastoletnich problemach. Miłość, pierwsze doświadczenia seksualne, licealna hierarchia i ciągłe zastanawianie się czy wpasuję się w otaczający mnie świat to problemy bohaterów Papierowych miast.

Na szczęście, w odróżnieniu od poprzedniej (zeszłorocznej) ekranizacji powieści Greena – Gwiazd naszych wina dostajemy tym razem więcej zwyczajności. Nie ma tu wielkich dramatów, ogromnej miłości i płaczu. Jest za to przyjaźń, poświęcenie i zaufanie – rzeczy, które ścigają każdego z nas. Nastoletnie miłości też są ważne – nie muszą być ogromne abyśmy je zapamiętali. Wystarczy, że będą i zostawią po sobie wspomnienia.

Film ma swoje zabawne momenty, a aktorskie zespoły (między innymi chłopięcy team Wolff – Abrams – Smith) świetnie się razem zgrywają. Wtórują im trzy panie, ale zdecydowanie znikają w zestawieniu z męską obsadą. Cara Delevinge dostaje zbyt mało czasu ekranowego, a Jaz Sinclair (Angela) nie jesteśmy nawet w stanie poznać. Jedynie Halston Sage (która gra postać Lacey Pembert) jest dość blisko aby wyrównać szanse.

Papierowe miasta to również miła dla oka stylistyka. Dostajemy ładne, niczym z reklam, zdjęcia i miłą muzykę z pogranicza indie i rocka. Szkoda tylko, że czasami piosenki będą dyktowały nam co mamy czuć, a twórcy (m.in reżyser Jake Schreier) nie byli w stanie zrezygnować z pierwszoosobowej narracji z offu. Przegadane monologi sprawią, że możemy mieć odczucie pretensjonalności opowiadanej nam historii, ale mimo wszystko klimat filmu jest znacznie bliższy do klimatu jaki można uchwycić między zdaniami powieści Greena.

Być może jest to pełen tanich chwytów film dla nastolatków (albo jak to ładnie ujmują niektóre teksty – młodych dorosłych). Przepełniony marzeniami zamkniętych w swoich pokojach chłopców, fantazjami które nigdy się nie ziszczą i wiarą w cuda które nie nadejdą. Ale mam takie odczucie, że jest blisko tego co sama kiedyś zobaczyłam mając te naście lat i będąc zaczytana w Szukając Alaski. Oby tendencja trafiania w te odczucia nie zmieniła się gdy nadejdzie czas na ekranizację i tej powieści.*

*Szukając Alaski ma zaplanowaną premierę na 2016 rok. Za scenariusz będzie odpowiedzialny (po raz trzeci jeśli chodzi o ekranizacje Greena) duet: Scott Neustadter i Michael H. Weber (zasłynęli filmem 500 dni miłości). A jak mówi plotka – za reżyserię ma zabrać się Sarah Polley (kanadyjka o której zrobiło się głośno przy detektywistycznym dokumencie o własnej rodzinie Historie rodzinne). A gdyby poczekali jeszcze kilka lat sama bym (kurka wodna…) wyreżyserowała ekranizację ulubionej powieści…

PS. Ponieważ ostatnio zdarza mi się skrobnąć dla http://film.com.pl to również tam możecie przeczytać o Papierowych miastach

Współcześni poszukiwacze „Papierowych miast”

Jak to bywa w marzeniach chłopięcych romantyków – wszystko zaczyna się od dziewczyny. Tajemniczej, odważnej, wparowującej nocną porą do pokoju i…

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s